Conan + Major Kong, Czerń – Wrocław, Firlej, 6.10.2018 r.

Jesienny urodzaj koncertowy nie ominął dźwięków doom / stonerowych. Na dwa występy przyjechał do Polski brytyjski Conan, któremu supportu udzieliły krajowe załogi Major Kong oraz Czerń. Wydarzenia te miały miejsce 6 października we wrocławskim Firleju oraz dzień później w warszawskim Pogłosie. Miałem okazję odwiedzić dolnośląską stolicę by uczestniczyć w sobotnim koncercie. Opis wrażeń znajdziecie poniżej.

Wieczorny zestaw rozpoczął warszawski Czerń. Grupa działa od kilku lat, ale na jej dorobek wydawniczy składają się póki co dwa krążki: Nie ze skały, a ze strachu z 2014 roku oraz wydany rok później split z formacją Kaldera. We Wrocławiu zespół prezentował materiał z dopiero nadchodzącej płyty. Ze wszystkich trzech kapel muzykę Czerń najtrudniej scharakteryzować – mamy tam elementy doom metalu, blacku czy też hardcore'a z tekstami w polskim języku. Był to dobry otwieracz na rozruszanie, chociaż publiczność w czasie występu warszawiaków nie była jeszcze zbyt liczna. Muzycy zagrali solidnie i dobrze brzmieli, z wyjątkiem może słabo nagłośnionego basisty.

Czytaj dalej

Katatonia – Kraków, Kwadrat, 6.10.2016 r.

Katatonia

Jesień to odpowiednia pora roku na trasę koncertową Katatonii. Melancholijny metal w wykonaniu Szwedów w towarzystwie pochmurnej aury doskonale się komponuje, tym większa jest chęć by posłuchać muzyki zespołu, a następnie zobaczyć go na żywo. Trasa koncertowa Fallen Hearts of Europe była w Polsce podzielona na trzy występy: kolejno w Gdańsku, Warszawie i Krakowie. Ja miałem okazję uczestniczyć w krakowskim koncercie w klubie Kwadrat w czwartek 6 października.

Występ gwiazdy głównej poprzedzały dwa zespoły: duńska Vola oraz islandzki Agent Fresco. Uroki dnia roboczego oraz wzorowo punktualna pora rozpoczęcia koncertu nie pozwoliły mi niestety zobaczyć pierwszego z supportów. Występ Duńczyków z zasłyszanych później relacji zdobył jednak sympatię publiczności.
W klubie pojawiłem się tuż przed wyjściem na scenę Agent Fresco. Mieszanka math-rocka, progresywnego metalu, a nawet popu nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Muzycznie zespół poruszał się poprawnymi djentowymi ścieżkami. Wokalista Arnór Dan Arnarson śpiewał melodyjnym, wysokim głosem, co nie zawsze pasowało do całości – utwory zyskałyby więcej z bardziej agresywnym wokalem. Tylko w niektórych momentach pojawiały się partie wykrzyczane niczym w blackmetalowym bandzie, swoją ekstremalnością nie pasującą za bardzo do całości muzyki. Sama ekspresja wokalisty, a także fryzura (czy raczej jej brak) przypominały frontmana Tool, Maynarda James’a Keenana. W przeciwieństwie do słynnego wokalisty Anarson sprawia wrażenie sympatycznego faceta pozwalającego sobie na dłuższą konferansjerkę między granymi utworami.  Ogólnie rzecz biorąc dobór supportów wydaje się dużo mniej udany, niż cztery lata temu na trasie promującej płytę Dead End Kings, kiedy to mogliśmy podziwiać na scenie tak dobre zespoły jak AlcestJunius.

Przed 21.00 na scenę – wypełnionego po brzegi fanami – klubu wyszła długo oczekiwana gwiazda wieczoru. W tym miejscu dodam, że był to już mój trzeci zobaczony występ Katatonii na żywo. Ostatni z nich odbył się na festiwalu, co wymogło na muzykach dobór krótszej, pełnej najbardziej popularnych utworów setlisty. Nastawiałem się zatem na głębsze spojrzenie w twórczość grupy w warunkach klubowych oraz bogatą prezentację nagrań z promowanego longplaya The Fall of Hearts. Oczekiwania zupełnie się nie spełniły, mimo, że opisywany koncert uważam za najlepszy z dotychczasowych trzech.

Występ zespołu rozpoczął się od jednego z premierowych nagrań z ostatniego albumu. Last Song Before the Fade to nie jest utwór do końca nadający się na otwieracz, samo wyłonienie się jednak Katatonii na scenie wywołało aplauz publiczności. W dalszej części pojawiło się kilka nowych utworów poprzeplatanych sprawdzonymi hitami. Najbardziej rozpieszczonym przez Szwedów albumem był The Great Cold Distance – zagrano aż sześć kompozycji z tej płyty. Fani Viva Emptiness też nie mieli na co narzekać, usłyszeliśmy bowiem Criminals, Evidence, a także agresywne Ghost of the Sun, który sprawił, że pod samą sceną zrobiło się gorąco. Zabrakło kompozycji z dalszej przeszłości zespołu, jedynie TeargasFor My Demons uratowały sprawę. Skoro o playliście mowa to najbardziej ucierpiała wbrew pozorom płyta ostatnia. Żywiołowy Serac czy spokojniesze Old Heart Falls to zdecydowanie za mało przy tak świetnych nowych utworach jak chociażby Takeover. Liczyłem na odważniejszą eksploatację nowej płyty, w moim przekonaniu najciekawszej od co najmniej dekady (więcej o The Fall of Hearts przeczytacie tutaj).

Wspomniałem o utworach z The Great Cold Distance. Mimo, że nie jest to moja ulubiona płyta Katatonii, to muszę przyznać, że własnie wykonanie nagrań z tego albumu wzbudziło mój największy podziw. Znacznie potężniejszy niż w studyjnej wersji Leaders, emocjonalne In the White oraz zagrane na bisach My TwinJuly – dla tych utworów warto było wybrać się na koncert. Podobnie, by po raz kolejny usłyszeć Dead Letters, nagranie, które całkiem słusznie stało się już jedną z ważniejszych kompozycji grupy. Szkoda tylko, że zamiast jeszcze kilku solidnych ciosów z takich płyt jak Tonight’s Decision czy Last Fair Deal Gone Down panowie sięgnęli po nijakie kompozycje z Night is the New Day.

Zespół zaprezentował na żywo dwóch nowych członków formacji. Daniel Moilanen zastąpił swojego imiennika, a zarazem wieloletniego, utalentowanego pałkera Daniela Liljekvista. „Nowy” Daniel z powodzeniem odnajduje się jednak w klimacie i repertuarze grupy. Kolejnym świeżakiem był Roger Öjersson, na co dzień wiosłowy Tiamatu. Obu muzyków przedstawił Jonas Renkse, który zresztą uciekał się do żywiołowych pogadanek pomiędzy utworami. Jedynie jego twarz schowana za burzą długich włosów mogła sugerować introwertyczność wokalisty. Jonasowi wtórował „drugi lider”, czyli Anders Nyström. Jak zwykle pełen energii i znacznie większej otwartości od wokalisty wspomagał go często wokalnie. Grane przez niego riffy rozsadzały energią, lwią część solówek zagrał jednak Roger. Szkoda tylko, że w miejscu gdzie stałem nagłośnienie gitar ucierpiało na rzecz sekcji rytmicznej. Prezencja sceniczna formacji jest dość typowa i ascetyczna – oto kilku facetów stoi i gra na tle grafik promujących najnowszą płytę, bez fajerwerków, za to rzetelnie wykonując swoje utwory. Forma wokalna Jonasa wydała się lepsza od tej sprzed czterech lat w tym samym klubie. Nie obyło się też bez obowiązkowego zdjęcia z publicznością na koniec.

Katatonia nie zaskoczyła mnie tego październikowego wieczora niczym nowym. Jak już wyżej pisałem nowy materiał został potraktowany niewdzięcznie, zespół na żywo prawie w ogóle nie wykorzystał jego potencjału. Set składający się z popularnych hitów wypadł jednakże bardzo udanie, czego dowodem były żywiołowe reakcje publiki. Mniej więcej od połowy występu klub kipiał energią, a muzyki zespołu nie dało się słuchać po prostu stojąc w miejscu i chłodno oceniając bez emocjonalnego zaangażowania. Szwedzi może i wykonują melancholijną muzykę, jednak na żywo zawsze wywołują energetyczną burzę.

Michał Raś

Borknagar / Kampfar/ Diabolical, Kraków, Klub Kwadrat 17.04.2016

Borknagar/Kampfar/Diabolical

W niedzielę 17 kwietnia północne wichry zatrzęsły Krakowem. Wieczór tego dnia należał do trzech skandynawskich załóg: Borknagar, Kampfar oraz Diabolical. Są to zespoły lubujące się w muzyce ekstremalnej, przyprawionej wyczuciem melodii i przede wszystkim nordyckim klimatem. Przynajmniej w wydaniu reprezentantów Krolestwa Norwegii, gdyż Diabolical, jak sama nazwa wskazuje, odnajdują się w bardziej lucyferyczno-apokaliptycznym nastroju. Polskim fanom metalu na pogańską nutę pozostało jedynie wydobyć z szaf mniej lub bardziej zwichrane t-shirty Bathory i ruszyć do krakowskiego klubu Kwadrat, gdzie odbywało się wydarzenie (dla porządku wspomnieć trzeba o koncercie tych samych zespołów dzień wcześniej w warszawskiej Progresji).

Do klubu dotarłem tuż po rozpoczęciu występu przez Diabolical. Dość wczesna pora (koncert zaczął się o 18.30) w połączeniu z niedzielnym wieczorem zrobiły swoje. Pod sceną stało zaledwie kilkanaście osób. Publiczność co prawda sukcesywnie się zwiększała, mimo to zespół musiał trochę robić "dobrą minę do złej gry". Muzyka Diabolical to dość hermetyczny death metal zabarwiony thrashem. Dźwięki dobrze znane i słyszane na bardzo wielu koncertach. Obyło się na szczęście bez ziewania gdyż zespół na scenie zadaje publiczości potężnego energetycznego kopa. Panowie nie unikają klimatycznych zwolnień, mają konkretną prezencją sceniczną, a sam dzierżący gitarę  wokalista Sverker "Widda" Widgren przypominał mi trochę…metalowy odpowiednik Iana Andersona z Jethro Tull. Formacja na trasie jako jedyna z występujących tego wieczoru nie promowała nowego materiału, jednak w setliście znalazło się sporo kompozycji z ostaniego jak dotąd longplaya Neogenesis.

Dość szybko doczekaliśmy się kolejnej załogi. Kampfar udowodnił, że w swojej bezkompromisowości jeńców nie bierze. Wystarczyło do tego podstawowe rockowe instrumentarium – wokal, jedna gitara, bas, perkusja. Norweska wataha wilków zaprezentowała najbardziej ekstremalny set wieczoru wciągając publikę na dobre do zabawy, w tym "młynka" pod sceną. Zrobiło się tłoczno, a początek był naprawdę mocny. Panowie rozpoczęli set utworem Gloria Ablaze, dźwiękowym dynamitem otwierającym ich ostatni longplay Profan. Dalej mieliśmy m.in. podniosły Daimon z tego samego wydawnictwa, gdzie frontman Dolk miał okazję zaprezentować swój "czysty" wokal. Grupa sięgnęła również w czeluść lat 90-tych grając takie klasyki jak skoczny Hymne. Na zakończenie znów zrobiło się podniośle: kompozycje Mylder oraz Our Hounds, Our Legion kazały się poważnie zastanowić czy główna gwiazda wieczoru wytrzyma porównanie z tak wysokim poziomem jaki reprezentuje na scenie Kampfar.

Borknagar ceniłem za pierwsze cztery albumy, gdzie wokalistami byli znany z Ulver Garm oraz ICS Vortex. Pojawienie się w składzie Vintersorga nie napawało mnie optymizmem. Niezbyt przepadałem za jego głosem, więc kolejne plyty zespołu słuchałem sporadycznie. Karierę grupy zacząłem ponownie uważnie śledzić wraz z powrotem do składu Vortexa (znanego wcześniej z ArcturusDimmu Borgir) w roli basisty i drugiego wokalisty. Ostatnie dwa longplaye, czyli UrdWinter Thrice to prawdziwe petardy, zapełnione najlepszymi kompozycjami zespołu w karierze. Oczekiwania wobec krakowskiego koncertu miałem zatem spore.
Pierwszym zaskoczeniem był brak w składzie Vintersorga. Obowiązki glównego wokalisty dzierżył niejaki Athera, który doskonale odwzorował partie aktualnego wokalisty. W przeciwieństwie do załóg DiabolicalKampfar, główna gwiazda skupiała się na klimacie kreowanym przez utwory pełne melodii oraz łagodniejszych partii. Szaleńczy młyn pod sceną ustąpił miejsca skupieniu, któremu towarzyszyły ruchy fanowskich głów w rytm muzyki. Nowy album Winter Thrice reprezentowały największe hity: Rhymes of the Mountain, Cold Runs the River oraz utwór tytułowy. Zespół sięgał głównie do starszego repertuaru. Utwory z albumu The Archaic Course nieziemsko mnie ucieszyły angażując do podscenicznego szaleństwa (przezornie na początku występu Norwegów ustawiłem się pod barierkami). Jeszcze ciekawiej zrobiło się gdy zespół sięgnął do naprawdę odległej przeszłosci, czyli dwóch pierwszych albumów z ulverowym Garmem w roli wokalisty. Athera wspaniale poradził sobie z jego partiami w The Eye of Oden oraz Dauden. Jeśli chodzi o stronę wokalną brawa należą się także dla klawiszowca Lasare. Kojarzony z psychodelicznym Solefald muzyk bez dwóch zdań mógłby pełnić w Borknagar rolę głównego wokalisty, przynajmniej w "czystych" partiach. Basista Vortex znany jest z okazjonalnego fałszowania na koncertach, czego dał dowód na ostatniej edycji Brutal Assault w roli frontmana Arcturus. Obawy jak wypadnie tym razem szybko okazaly się płonne. Całkiem nieźle sobie w Krakowie radził, nierzadko przejmując rolę głównego wokalisty. Było widać pewien kontrast w stosunku do supportów, bowiem wikingom z Borknagar powoli zaczyna udzielać się wiek oraz syndrom "dinozaurów rocka", szczególnie patrząc na dwóch gitarzystów. Nie przeszkadzało to zbytnio, zwłaszcza, że im bliżej kulminacji występu, tym większy entuzjazm udzielał się publice. Na bisach wrócił mosh, szczególnie na przedostatnim w setliście Colossus. Finalnie zagranym przez grupę utworem był Winter Thrice, czyli bezkonkurencyjnie chwytliwa kompozycja z ostatniego lonplaya, pełna melodii i partii wokalnych na trzy głosy + publiczność, która jak widać dobrze poznała tekst utworu.

Koncert trzech skandynawskich ekip niezwykle uprzyjemnił niedzielny wieczór. Wszyskie zespoły spisały się wzorowo. Nagłośnieniu w klubie również nie da się zbyt wiele zarzucić, biorąc pod uwagę standardy na większości metalowych gigów. Można jedynie narzekać na frekwencję, która w Kwadracie tego dnia nie dopisała. Do plusów trzeba także zaliczyć bogaty merch z całkiem przyzwoitymi cenami. Dźwięki utworu Winter Thrice, czy kampfarowego Mylder brzmiały w mojej głowie jeszcze przez kilka dni od wydarzenia. Oby więcej takich koncertów na krakowskiej ziemi.

Michał Raś