Elephant Tree – Habits

Doom/stoner metal to niewdzięczna łatka kojarząca się z hermetycznym graniem znanym z płyt wielu wyrastających jak grzyby po deszczu zespołów. W zalewie riffów ogranych dawno temu przez Black Sabbath, a później Sleep albo Electric Wizard pojawiają się jednak grupy przełamujące założenia gatunku. Taką formacją jest Elephant Tree. Już na wydanym cztery lata temu albumie nazwanym Elephant Tree czuć było powiew świeżości, który rozkwił w pełni na najnowszej, trzeciej płycie Habits.

Podstawą każdej z ośmiu kompozycji na tym krążku jest snująca się melodia prowadzona spokojnym głosem wokalisty. Zazwyczaj towarzyszy jej potężny riff, ale zespół chętnie odbywa wycieczki zarezerwowane dla wpływów progresywnych czy nawet post-rockowych. Przykładowo w przedostatnim Wasted usłyszymy niestandardowe partie klawiszy wchodzące w dialog z mocnym, przesterowanym basem. Z kolei w singlowym Bird grupa odpływa w progresywne rejony, dzięki czemu to nagranie może przypaść do gustu sympatykom późniejszych płyt Katatonii czy twórczości Riverside

Czytaj dalej

Marillion – F.E.A.R. (Fuck Everyone And Run)

Marillion - F E A RNowy studyjny krążek Marillion okazał się nie lada wyzwaniem. W przeciwieństwie do stosunkowo szybko wpadających w ucho kompozycji z poprzednika Sounds That Can't Be Made pięć utworów zamieszczonych na F.E.A.R. wymaga dokładnego wgryzienia się w zawartość muzyczną. Zapomnijcie o przebojach w rodzaju Don't Hurt Yourself czy Paper Lies, o takim Easter nie wspominając. Przygotujcie się na dźwiękowy minimalizm podporządkowany wizji artystycznej, w której poszczególne instrumenty wygrywają oszczędne partie, niezbędnę by tę wizję zrealizować.

Ostatnie dzieło progresywnych weteranów to nie jest płyta do słychania w biegu. Należałoby się zatrzymać i poświęcić pełnię uwagi nutom płynącym z głośników. F.E.A.R. ma w sobie pewien ambientowy pierwiastek podobnie jak niegdyś Brave. W przeciwieństwie jednak do trzeciej płyty ze Steve'em Hogarthem na pokładzie opisywane dzieło jest zupełnie pozbawione szybszych, przebojowych momentów. Brytyjczycy stawiają na pewną jednostajność kręcącą się wokół wybijanego przez Iana Mosleya leniwego rytmu. Królują klawisze, a gitara, chociaż brzmi jak zawsze pięknie, to jednak prezentuje nam oszczędne partie. Fani mistrza Rothery'ego muszą mu wybaczyć minimalizm. Jedynie bas Pete'a Trewavasa serwuje standardową dla niego dawkę energii.

Czytaj dalej

Sylvian/Fripp – Damage

Nigdy nie byłem szczególnym fascynatem albumów koncertowych. Trudno bowiem nawet po części w nagraniach live oddać atmosferę występów na żywo. Są jednak płyty szczególne, które można bez wahania stawiać obok studyjnych dokonań muzyków. Jako przykłady warto wspomnieć Towards the Within Dead Can Dance i wymieniany często Made in Japan Purpli. Do tego rodzaju dzieł z pewnością należy Damage sygnowany nazwiskami Davida SylvianaRoberta Frippa. Jest to album z kilku względów wyjątkowy.
 
Obaj muzycy są charakterystycznymi osobowościami w swoich dziedzinach. Fripp jako lider Karmazynowego Króla od kilku dekad udowadnia bezkompromisowość, wykraczającą poza art-rockowe schematy. Z kolei Sylvian to unikatowy głęboki głos znany z nowofalowego Japan, a później solowej kariery, w trakcie której dał się poznać jako melancholijny singer-songwriter i eksperymentator. Obaj panowie spotkali się już wcześniej na płycie Gone to Earth Sylviana – Fripp ozdobił jej zawartość kilkoma solówkami i soundscape'ami. Kapitanowi King Crimson wspólne granie podeszło do gustu na tyle, że zaproponował wokaliście dołączenie do kolejnej inkarnacji swojej kapeli. Sylvian jednak odmówił – nie był widocznie zdolny do udźwignięcia brzemienia karmazynowej legendy. Duet Sylvian-Fripp postanowił jednak popełnić album pod własnymi nazwiskami. Tak narodził się ciężki, transowy The First Day, zwiastujący oblicze wydanego kilka lat później cd Thrak King Crimson.

Czytaj dalej

Rush – Grace Under Pressure

Muzyka Rush nigdy nie należała do moich faworytów, a przynajmniej tak było na początku muzycznej drogi z Kanadyjczykami. Zetknięcie z najwyżej cenionymi w progresywnym światku albumami Moving Pictures, 2112 czy Hemispheres przyniosło pozytywne dźwiękowe doznania. Nie były to jednak uderzenia przyprawiające o szczególnie szybkie bicie serca, ot klasyka, którą znać i szanować należy. Jak się jednak okazało oprócz tych najtrwalej zapisanych w rockowych annałach dzieł kanadyjskie trio ma w swojej dyskografii poukrywane prawdziwe perełki. Jedną z najjaśniejszych jest Grace Under Pressure z roku 1984. Ale po kolei.

Chyba w całej karierze Rush tytuł tak dobrze nie odzwierciedlał całości dzieła. Jest w tej muzyce szlachetność, gracja, piękno schowane pod płaszczykiem pewnej duszności, kreowanej niewątpliwie przez surowy styl muzyczny i brzmienie dekady. Liryki Neila Parta także nie opowiadają o wesołych sprawach. Rozpacz po nagłej utracie bliskiej osoby w być może najbardziej zgrabnym numerze Afterimage, wspomnienie piekła Holocaustu (w obozie Bergen-Belsen przebywała matka wokalisty, Geddy’ego Lee), którego dotyczy Red Sector A, czy wreszcie bardziej uniwersalne teksty o zmaganiach dnia codziennego posiadają w sobie dawkę melancholii. Jednocześnie jest w nich mocny zastrzyk pasji i nadziei, tytułowej łaski. Słowa są istotną część albumu i stanowią o jego sile. Muzycznie bowiem Grace Under Pressure jest w prostej linii kontynuacją albumu Signals, jednak koncept opisywanego dzieła odróżnia go znacznie na tle wydanego dwa lata wcześniej nieco bezbarwnego materiału.

Czytaj dalej