Paradise Lost – Obsidian

Szesnasty krążek Paradise Lost zapowiadano jako dzieło bardziej zróżnicowane od wydanej trzy lata temu Medusy. Weterani gotyckiego metalu dotarli na poprzedniczce do kulminacji doom/deathowego stylu, nagrywając jedną z najcięższych płyt w karierze. Nic więc dziwnego, że zespół postanowił tym razem trochę spuścić z tonu. Obsidian to zarazem album wydany trzydzieści lat po debiutanckim Lost Paradise. Nie da się przy okazji uciec od podsumowań długiej obecności Anglików na scenie.

Dla wielu słuchaczy Paradise Lost czasy świetności ma dawno za sobą i nowsza muzyka grupy interesuje ich co najwyżej jako podróż sentymentalna. Moim zdaniem nie do końca słusznie. Po okresie delikatnego marazmu, gdzieś na wysokości Faith Divides Us – Death Unites Us zespół odnalazł nowe siły twórcze i każda płyta wydawana w ciągu ostatniej dekady jest co najmniej bardzo udana. Obsidian nie jest tutaj wyjątkiem.

Czytaj dalej

Paradise Lost – Medusa

Brytyjski Paradise Lost to bezsprzecznie legenda klimatycznego metalu. Trudno wyobrazić sobie metalową mapę lat dziewięćdziesiątych bez wskazującego kierunek licznym naśladowcom zespołu z Halifax. Synth-popowy okres formacja ma już dawno za sobą, a ostatnia dekada przyniosła kilka potężnie brzmiących albumów. Powrót do grania w stylu najpopularniejszych płyt Icon oraz Draconian Times najwyraźniej Nickowi Holmesowi i Gregowi Mackintoshowi nie wystarczył. Poprzednia płyta The Plaque Within po raz pierwszy od wielu lat znowu zawierała growle.  Znalazła się tam również kompozycja będącą kluczem do najnowszego dziecka Anglików zatytułowana Beneath Broken Earth. Granie tego potężnego walca dało muzykom tyle posępnej radości, że postanowili nagrać longplay w całości oparty na powolnych, doom/deathowych tempach.

Medusa w podstawowej wersji trwa wyłącznie czterdzieści dwie minuty z małym hakiem. Wydaje się to mało, ale kiedy zapoznamy się z całością to czas trwania albumu stanie się wystarczający. Tempo większości nagrań jest powolne, a brzmienie mocarnie ciężkie, uzupełnione przesterowanym basem Stephena Edmondsona. Nick prawie zupełnie porzucił czysty wokal na rzecz wpasowanych w rytm growli, jakby usprawionych w stosunku do poprzedniej płyty (praktyka w roli gardłowego Bloodbath widać zrobiła swoje). Utwory są często długie i wielowątkowe – mamy zatem powrót do "długasów" z okresu trzeciego albumu Shades of God. Widać to szczególnie w otwierającym longplay,    jednocześnie jednym z najciekawszych w zestawie Fearless Sky. Spokojna, ale wzbudzająca niepokój klawiszowa partia, przechodzi w doomowy ciężar, pełen growlu, ciężkiego riffowania i zawodzących solówek niezastąpionego Mackintosha. W drugiej połowie napotkamy przyśpieszenie, pojawia się czysty głos Nicka. Pod koniec ciarki przechodzą po grzbiecie słuchającego. Staje się jasne, że mamy do czynienia z muzyczną perłą, przy tym swoistą prezentacją stylu zespołu w pigułce.

Czytaj dalej

My Dying Bride – Feel the Misery

Smętni Brytyjczycy pod wodzą Aarona Stainthorpe'a we wrześniu wypuścili swoje trzynaste już dziecko ochrzczone mianem Feel The Misery. Od pewnego czasu grupa wydaje albumy solidne, jednak dalekie od porywających monumentów z lat dziewięćdziesiątych i początku dwutysięcznych. Nie czekałem zatem na ten album z wypiekami na twarzy, niemniej jednak wystarczył jeden rzut oka na okładkę, tytuł oraz powracające do łask stare logo, by mieć poczucie, że tym razem weterani z Halifax przyszykowali dla nas coś specjalnego. Nie pomyliłem się ani trochę.

W przeciwieństwie do poprzednika A Map Of All Our Failures My Dying Bride stawia tutaj nie tylko na doomową potęgę, ale też zróżnicowanie i melodię, co zauważamy po odpaleniu świetnego, porywającego i niezwykle smutnego utworu And My Father Left Forever. Żwawe jak na tę odmianę ciężkiego grania tempo przeplatane wolniejszym, melodyjnym refrenem okraszonym piękną, prostą partią skrzypiec przykuwa skutecznie ucho. Dawno już na krążku Umierającej Narzeczonej nie słyszalem tak udanego nagrania – chyba gdzieś na etapie Like Gods Of The Sun lub eksperymentalnych "procentów". Dominuje tutaj zgrabna melodia prowadzona czystym wokalem Aarona.

Czytaj dalej