Jupiterian – Protosapien

Trzeci krążek Jupiterian zwraca uwagę okładką. Autorem jest polski malarz Mariusz Lewandowski mający w ostatnim czasie spore wzięcie na metalowej scenie, szczególnie tej około-doomowej. Surrealistyczne, apokaliptyczne wizje pasują jak ulał do muzyki takich formacji jak Bell Witch albo Elder Druid. Podobnie dzieje się w przypadku Jupiterian – brazylijskiego kwartetu poruszającego się w doom/death metalu z elementami sludge'u, zanspirowanemu dodatkowo kosmicznym horrorem i okultyzmem.

Duszna atmosfera okładkowego obrazu jest wyczuwalna prawie od samego początku Protosapien. Na rozgrzewkę dostajemy jednak klawiszowy, nieco bombastyczny Homecoming. Następujący po nim Mere Humans prowadzi słuchacza wprost do gigantycznej, ciemnej jaskini, z której nie ma wyjścia – możemy zanurzać się coraz głębiej w plątaninę korytarzy. Ten utwór zachwyca prostym, ale efektownym riffem oraz wszechobecną surowością. Podobnie brzmi całość materiału. Jupiterian nie wdzięczy się do słuchacza proponując mu oszlifowane, bardziej przebojowe fragmenty albo krótsze formy na chwilę wytchnienia (z wyjątkiem wspomnianego intra).

Czytaj dalej

Paradise Lost – Obsidian

Szesnasty krążek Paradise Lost zapowiadano jako dzieło bardziej zróżnicowane od wydanej trzy lata temu Medusy. Weterani gotyckiego metalu dotarli na poprzedniczce do kulminacji doom/deathowego stylu, nagrywając jedną z najcięższych płyt w karierze. Nic więc dziwnego, że zespół postanowił tym razem trochę spuścić z tonu. Obsidian to zarazem album wydany trzydzieści lat po debiutanckim Lost Paradise. Nie da się przy okazji uciec od podsumowań długiej obecności Anglików na scenie.

Dla wielu słuchaczy Paradise Lost czasy świetności ma dawno za sobą i nowsza muzyka grupy interesuje ich co najwyżej jako podróż sentymentalna. Moim zdaniem nie do końca słusznie. Po okresie delikatnego marazmu, gdzieś na wysokości Faith Divides Us – Death Unites Us zespół odnalazł nowe siły twórcze i każda płyta wydawana w ciągu ostatniej dekady jest co najmniej bardzo udana. Obsidian nie jest tutaj wyjątkiem.

Czytaj dalej

Elephant Tree – Habits

Doom/stoner metal to niewdzięczna łatka kojarząca się z hermetycznym graniem znanym z płyt wielu wyrastających jak grzyby po deszczu zespołów. W zalewie riffów ogranych dawno temu przez Black Sabbath, a później Sleep albo Electric Wizard pojawiają się jednak grupy przełamujące założenia gatunku. Taką formacją jest Elephant Tree. Już na wydanym cztery lata temu albumie nazwanym Elephant Tree czuć było powiew świeżości, który rozkwił w pełni na najnowszej, trzeciej płycie Habits.

Podstawą każdej z ośmiu kompozycji na tym krążku jest snująca się melodia prowadzona spokojnym głosem wokalisty. Zazwyczaj towarzyszy jej potężny riff, ale zespół chętnie odbywa wycieczki zarezerwowane dla wpływów progresywnych czy nawet post-rockowych. Przykładowo w przedostatnim Wasted usłyszymy niestandardowe partie klawiszy wchodzące w dialog z mocnym, przesterowanym basem. Z kolei w singlowym Bird grupa odpływa w progresywne rejony, dzięki czemu to nagranie może przypaść do gustu sympatykom późniejszych płyt Katatonii czy twórczości Riverside

Czytaj dalej

Tortuga – Deities

Psychodelia, doom i kosmiczny horror. Tak w skrócie można opisać zawartość Deities, drugiej płyty poznańskiego kwartetu Tortuga. Bóstwa, czy jak kto woli, Przedwieczni zaatakowali w Nowy Rok z siedmioma nagraniami tworzącymi stosunkowo długą i spójną całość. Jasną wskazówkę co do tematyki albumu daje wspaniała grafika na okładce, a także specjalne podziękowanie dla pewnego jegomościa z Providence zamieszczone w serwisie Bandcamp.

Jak wiadomo z Lovecraftem mierzyło się już mnóstwo metalowych zespołów i wydawać by się mogło, że temat jest już do cna wyeksploatowany. Polscy muzycy nie sięgają jednak po mitologię Cthulhu za często – w około sludge'owych klimatach inspirację HPL'em znajdziemy przykładowo na wydanych kilka lat temu płytach Coffinfish. Jak  podobne motywy wypadły na nowym longplayu Tortugi?

Czytaj dalej

Saint Vitus – Saint Vitus

Pochodzący z Kalifornii Saint Vitus to jeden z pionierów tradycyjnego doom metalu, tworzący podwaliny gatunku wraz z PentagramTrouble jeszcze przed ujawnieniem światu wczesnych nagrań szwedzkiego Candlemass. W latach 80-tych wydawali trzymające równy poziom płyty, na czele z surowym debiutem i esencjonalnym dla gatunku Born to Late. Na pierwszych dwóch longplayach śpiewał Scott Reagers, który z czasem ustąpił miejsca Scottowi Weinrichowi znanemu pod pseudonimem Wino. Obaj frontmani znacząco wpłynęli na oblicze grupy, mając jednocześnie diamentralnie różne podejście do wokalu. Po reaktywacji zespołu pod koniec ubiegłej dekady formacja wypuściła tylko dwa wydawnictwa studyjne – rozczarowujący jako całość Lillie: F-65 z Wino na pokładzie oraz tegoroczny Saint Vitus z powracającym do składu pierwszym wokalistą.

Czytaj dalej

Conan + Major Kong, Czerń – Wrocław, Firlej, 6.10.2018 r.

Jesienny urodzaj koncertowy nie ominął dźwięków doom / stonerowych. Na dwa występy przyjechał do Polski brytyjski Conan, któremu supportu udzieliły krajowe załogi Major Kong oraz Czerń. Wydarzenia te miały miejsce 6 października we wrocławskim Firleju oraz dzień później w warszawskim Pogłosie. Miałem okazję odwiedzić dolnośląską stolicę by uczestniczyć w sobotnim koncercie. Opis wrażeń znajdziecie poniżej.

Wieczorny zestaw rozpoczął warszawski Czerń. Grupa działa od kilku lat, ale na jej dorobek wydawniczy składają się póki co dwa krążki: Nie ze skały, a ze strachu z 2014 roku oraz wydany rok później split z formacją Kaldera. We Wrocławiu zespół prezentował materiał z dopiero nadchodzącej płyty. Ze wszystkich trzech kapel muzykę Czerń najtrudniej scharakteryzować – mamy tam elementy doom metalu, blacku czy też hardcore'a z tekstami w polskim języku. Był to dobry otwieracz na rozruszanie, chociaż publiczność w czasie występu warszawiaków nie była jeszcze zbyt liczna. Muzycy zagrali solidnie i dobrze brzmieli, z wyjątkiem może słabo nagłośnionego basisty.

Czytaj dalej

Conan – Existential Void Guardian

Conan to brytyjska załoga specjalizująca się w ciężkim jak głaz doom metalu zabarwionym sludgem i stonerem. Mocarne, nie biorące jeńców nagrania znaczą drogę muzyków niczym skrwawione truchła przeciwników słynnego Cymeryjczyka, któremu zespół zawdzięcza nazwę. W tym roku ukazało się ich czwarte dzieło zatytułowane Existential Void Guardian.

Mam okazję śledzić karierę Conan od chwili wydania debiutanckiej epki Horseback Battle Hammer. Początkowo traktowałem grupę jako swego rodzaju ciekawostkę. Wraz kolejnymi dziełami tria widać jednak znaczny skok jakościowy. Formacją od początku dowodzi wokalista i gitarzysta Jon Davis, ale dużym przełomem było dołączenie do zespołu basisty i drugiego gardłowego Chrisa Fieldinga, producenta oraz inżyniera dźwięku znanego ze współpracy m.in. z Electric Wizard, Hooded Menace czy też Primordial. Wniósł on do muzyki Conan swoje doświadczenie oraz stworzył z Davisem niezrównany duet wokalny, dodając do wysokich okrzyków wokalisty swój głęboki growl. Poprzedni album Revengeance ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Czy jego następca utrzyma się na doomowym szczycie podobnie jak howardowy Conan na tronie Aquilonii?

Czytaj dalej

Messa – Feast for Water

Stonowane dźwięki, przelewająca się woda, niepokojące, narastające brzęczenie. Muzyczna burza szybko ulegająca delikatnym partiom instrumentów i subtelnemu kobiecemu głosowi. W tym miejscu możemy spodziewać się wszystkiego, a najbardziej chyba folku, ambientu, może drone'u. Uderzenie perkusji przynosi znowuż retro doomową kanonadę. Tak zaczyna się drugi album włoskiej formacji Messa zatytułowany Feast for Water – jeden z najciekawszych krążków ostatnich lat w dziedzinie psychodelicznego doom metalu.

Granie tego typu okres świetności ma już dawno za sobą i wydawać by się mogło, że nic odkrywczego w jego ramach stworzyć nie można. Zespół pochodzący z niedużej miejscowości o wdzięcznej nazwie Cittadella nie zamierza mimo wszystko odkrywać nowych lądów. Zamiast tego miesza ze sobą skrajnie zróżnicowane muzyczne inspiracje. Na Feast for Water znajdziemy zatem elementy dark jazzu w stylu Bohren & der Club of Gore, drone'owy brud oraz partie zahaczające z jednej strony o hard rock, a z drugiej o ekstremalny metal.

Czytaj dalej

Paradise Lost – Medusa

Brytyjski Paradise Lost to bezsprzecznie legenda klimatycznego metalu. Trudno wyobrazić sobie metalową mapę lat dziewięćdziesiątych bez wskazującego kierunek licznym naśladowcom zespołu z Halifax. Synth-popowy okres formacja ma już dawno za sobą, a ostatnia dekada przyniosła kilka potężnie brzmiących albumów. Powrót do grania w stylu najpopularniejszych płyt Icon oraz Draconian Times najwyraźniej Nickowi Holmesowi i Gregowi Mackintoshowi nie wystarczył. Poprzednia płyta The Plaque Within po raz pierwszy od wielu lat znowu zawierała growle.  Znalazła się tam również kompozycja będącą kluczem do najnowszego dziecka Anglików zatytułowana Beneath Broken Earth. Granie tego potężnego walca dało muzykom tyle posępnej radości, że postanowili nagrać longplay w całości oparty na powolnych, doom/deathowych tempach.

Medusa w podstawowej wersji trwa wyłącznie czterdzieści dwie minuty z małym hakiem. Wydaje się to mało, ale kiedy zapoznamy się z całością to czas trwania albumu stanie się wystarczający. Tempo większości nagrań jest powolne, a brzmienie mocarnie ciężkie, uzupełnione przesterowanym basem Stephena Edmondsona. Nick prawie zupełnie porzucił czysty wokal na rzecz wpasowanych w rytm growli, jakby usprawionych w stosunku do poprzedniej płyty (praktyka w roli gardłowego Bloodbath widać zrobiła swoje). Utwory są często długie i wielowątkowe – mamy zatem powrót do "długasów" z okresu trzeciego albumu Shades of God. Widać to szczególnie w otwierającym longplay,    jednocześnie jednym z najciekawszych w zestawie Fearless Sky. Spokojna, ale wzbudzająca niepokój klawiszowa partia, przechodzi w doomowy ciężar, pełen growlu, ciężkiego riffowania i zawodzących solówek niezastąpionego Mackintosha. W drugiej połowie napotkamy przyśpieszenie, pojawia się czysty głos Nicka. Pod koniec ciarki przechodzą po grzbiecie słuchającego. Staje się jasne, że mamy do czynienia z muzyczną perłą, przy tym swoistą prezentacją stylu zespołu w pigułce.

Czytaj dalej

Major Kong – Galactic Cannibalism

Major Kong - Galactic CannibalismW 1964 r. ma miejsce premiera filmu Dr. Strangelove w reżyserii Stanleya Kubricka – obrazu satyrycznego ukazującego w krzywym zwierciadle trwającą w najlepsze zimną wojnę. W jednej z najpopularniejszych scen Major T.J. "King" Kong z uśmiechem na twarzy "ujeżdża" bombę atomową. W roku 2010 pewne lubelskie trio postanawia ochrzcić mianem zwariowanego majora nową formację wykonującą instrumentalny doom metal. Szybko okazuje się, że takie nagrania jak The Swamp Altar z debiutanckiej epki Orogenesis stanowią nową jakość w rodzimym ciężkim i powolnym graniu, wzbudzając (choćby na żywo) emocje porównywalne z siłą uderzenia atomówki. Na tronie polskiego doom/stoner metalu niepodzielnie rozpoczyna rządy Belzebong, jednak to własnie Major Kong rywalizuje z również lubelskim Dopelordem o zaszczytne drugie miejsce.

Czytaj dalej