Shining – Animal

Norweski Shining po raz kolejny przechodzi metamorfozę. Przypomnę, że załoga Jørgena Munkeby startowała od akustycznego jazzu by ruszyć w awangardowe terytoria. Zrobiło się o nich głośniej dzięki albumowi Blackjazz będącemu wypadkową wcześniejszego stylu oraz cięższych odmian metalu. Ostatnie dwie płyty zdradzały tendencje lidera w stronę bardziej przebojowego grania. Kto by jednak pomyślał, że zespołowi przyjdzie romansować z… pop-rockiem.

W mojej świadomości Munkeby to przede wszystkim saksofonista. Nawet w prostych formalnie utworach zamieszczonych na One One One oraz International Blackjazz Society dźwięki tego instrumentu były znakiem rozpoznawczym Shining. Próżno szukać go na Animal, który z jazzem nie ma już nic wspólnego. W zamian otrzymujemy wokale Jørgena utrzymane w irytującym mainstreamowo-radiowym tonie. W otwierającym krążek Take Me atakują nas kiczowate klawisze wiele mówiące o charakterze dzieła. Większość nagrań opiera się mimo wszystko na klasycznym brzmieniu Shining – mamy podkręcone tempo, przesterowane, a jednocześnie syntetyczne brzmienie gitar. Te elementy sprawiają, że da się Animal słuchać.

Czytaj dalej

Alice in Chains – Rainier Fog

Alicja nie rozpieszcza fanów częstotliwością wypuszczania nowych wydawnictw. Od premiery świetnego The Devil Put Dinosaurs Here minęło wszak pięć długich lat. Apetyt na kolejny longplay rósł, chociaż nie był tak podszyty niepewnością jak w przypadku pierwszego po reaktywacji albumu Black Gives Way to Blue. Do nowego wcielenia Alice in Chains już dawno zdążyłem się przyzwyczaić podobnie jak do aktualnego wokalisty Williama DuValla. Charyzmatycznego, będącego po prostu sobą – w żadnym razie nieaspirującego do bycia kopią nieodżałowanego Layne'a Staleya. 

Rainier Fog był zapowiadany jako swego rodzaju odniesienie do korzeni Alice in Chains, czego dowodem stała się sesja nagraniowa częściowo zrealizowana w tym samym studio, w którym powstał trzeci album grupy (mój ulubiony Tripod). Tytuł krążka nawiązuje do wulkanu Rainier górującego nad deszczowym Seattle, mieście będącym kolebką całego grunge'owego ruchu. Ekscytację mogła wzbudzić mroczna okładka i singlowy utwór So Far Under przywołujący klimaty rodem z okresu Dirt, co ciekawe napisany w całości przez nowego frontmana. Wszytkie te elementy wzmożyły ostrzenie fanowskich zębów. Jakie dźwięki przynosi nam trzecie dziecko reaktywowanej Alice?

Czytaj dalej

Conan – Existential Void Guardian

Conan to brytyjska załoga specjalizująca się w ciężkim jak głaz doom metalu zabarwionym sludgem i stonerem. Mocarne, nie biorące jeńców nagrania znaczą drogę muzyków niczym skrwawione truchła przeciwników słynnego Cymeryjczyka, któremu zespół zawdzięcza nazwę. W tym roku ukazało się ich czwarte dzieło zatytułowane Existential Void Guardian.

Mam okazję śledzić karierę Conan od chwili wydania debiutanckiej epki Horseback Battle Hammer. Początkowo traktowałem grupę jako swego rodzaju ciekawostkę. Wraz kolejnymi dziełami tria widać jednak znaczny skok jakościowy. Formacją od początku dowodzi wokalista i gitarzysta Jon Davis, ale dużym przełomem było dołączenie do zespołu basisty i drugiego gardłowego Chrisa Fieldinga, producenta oraz inżyniera dźwięku znanego ze współpracy m.in. z Electric Wizard, Hooded Menace czy też Primordial. Wniósł on do muzyki Conan swoje doświadczenie oraz stworzył z Davisem niezrównany duet wokalny, dodając do wysokich okrzyków wokalisty swój głęboki growl. Poprzedni album Revengeance ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Czy jego następca utrzyma się na doomowym szczycie podobnie jak howardowy Conan na tronie Aquilonii?

Czytaj dalej

Messa – Feast for Water

Stonowane dźwięki, przelewająca się woda, niepokojące, narastające brzęczenie. Muzyczna burza szybko ulegająca delikatnym partiom instrumentów i subtelnemu kobiecemu głosowi. W tym miejscu możemy spodziewać się wszystkiego, a najbardziej chyba folku, ambientu, może drone'u. Uderzenie perkusji przynosi znowuż retro doomową kanonadę. Tak zaczyna się drugi album włoskiej formacji Messa zatytułowany Feast for Water – jeden z najciekawszych krążków ostatnich lat w dziedzinie psychodelicznego doom metalu.

Granie tego typu okres świetności ma już dawno za sobą i wydawać by się mogło, że nic odkrywczego w jego ramach stworzyć nie można. Zespół pochodzący z niedużej miejscowości o wdzięcznej nazwie Cittadella nie zamierza mimo wszystko odkrywać nowych lądów. Zamiast tego miesza ze sobą skrajnie zróżnicowane muzyczne inspiracje. Na Feast for Water znajdziemy zatem elementy dark jazzu w stylu Bohren & der Club of Gore, drone'owy brud oraz partie zahaczające z jednej strony o hard rock, a z drugiej o ekstremalny metal.

Czytaj dalej