Paradise Lost – Obsidian

Szesnasty krążek Paradise Lost zapowiadano jako dzieło bardziej zróżnicowane od wydanej trzy lata temu Medusy. Weterani gotyckiego metalu dotarli na poprzedniczce do kulminacji doom/deathowego stylu, nagrywając jedną z najcięższych płyt w karierze. Nic więc dziwnego, że zespół postanowił tym razem trochę spuścić z tonu. Obsidian to zarazem album wydany trzydzieści lat po debiutanckim Lost Paradise. Nie da się przy okazji uciec od podsumowań długiej obecności Anglików na scenie.

Dla wielu słuchaczy Paradise Lost czasy świetności ma dawno za sobą i nowsza muzyka grupy interesuje ich co najwyżej jako podróż sentymentalna. Moim zdaniem nie do końca słusznie. Po okresie delikatnego marazmu, gdzieś na wysokości Faith Divides Us – Death Unites Us zespół odnalazł nowe siły twórcze i każda płyta wydawana w ciągu ostatniej dekady jest co najmniej bardzo udana. Obsidian nie jest tutaj wyjątkiem.

Szesnasty longplay Paradise Lost był poprzedzony dwoma singlami. Doomowy Fall From Grace mógłby z powodzeniem znaleźć się na Medusie, z kolei Ghosts jest piosenką w stylu krążków One Second albo Symbol of Life, z silnymi wpływami The Sisters of Mercy. Większość utworów na albumie to wypadkowa tych dwóch twarzy Anglików. Fantastycznie wypada Forsaken świetnie uzupełniony chóralną partią klawiszy. Zwracają uwagę perkusyjne zakrętasy (Waltteri Väyrynen  w większości utworów pokazuje pełnię swoich możliwości), refren w stylistyce rocka gotyckiego czy wreszcie znak firmowy grupy – niepodrabialne solówki Grega Mackintosha, którym tło nadają charakterystyczne riffy Aarona Aedy'ego. 

Lżejszą stronę Raju Utraconego poznamy w refleksyjnym Ending Days. Otwierający Darker Thoughts zaskakuje gitarą akustyczną. W połączeniu z dojrzałym (50 lat na karku robi swoje) głosem Nicka oraz partiami instrumentów smyczkowych tworzy się klimat niemalże neo-folkowy. W tym samym utworze mamy też "mruczące" growle Holmesa, od pewnego czasu dopełniające muzykę kwintetu, a także kolejną emocjonującą solówkę Grega. Refleksyjnie i gotycko robi się jeszcze w świetnym Hope Dies Young. Posępna melancholia to nieodłączny element muzyki Paradise Lost, jednak na Obsidian jest jej nieco więcej niż dotychczas. 

Podstawowy zestaw utworów kończy doomowy, w większości growlowany Ravenghast. Mamy jeszcze dwa bonusowe numery, ale w przeciwieństwie do dodatków z Medusy nie zapadają one mocniej w pamięć.

Zawartość Obsidian powinna ucieszyć tych słuchaczy, którzy na piedestale stawiają płytę Draconian Times. Poprzednie dwa albumy Brytyjczyków mogły się sympatykom tego legendarnego longplaya wydawać zbyt ciężkie. Przede wszystkim nowe dzieło Paradise Lost to dawka klimatycznego metalu na najwyższym poziomie. Powrót do Raju Utraconego po raz kolejny uznaję za udany.

Michał Raś