Saint Vitus – Saint Vitus

Pochodzący z Kalifornii Saint Vitus to jeden z pionierów tradycyjnego doom metalu, tworzący podwaliny gatunku wraz z PentagramTrouble jeszcze przed ujawnieniem światu wczesnych nagrań szwedzkiego Candlemass. W latach 80-tych wydawali trzymające równy poziom płyty, na czele z surowym debiutem i esencjonalnym dla gatunku Born to Late. Na pierwszych dwóch longplayach śpiewał Scott Reagers, który z czasem ustąpił miejsca Scottowi Weinrichowi znanemu pod pseudonimem Wino. Obaj frontmani znacząco wpłynęli na oblicze grupy, mając jednocześnie diamentralnie różne podejście do wokalu. Po reaktywacji zespołu pod koniec ubiegłej dekady formacja wypuściła tylko dwa wydawnictwa studyjne – rozczarowujący jako całość Lillie: F-65 z Wino na pokładzie oraz tegoroczny Saint Vitus z powracającym do składu pierwszym wokalistą.

Czytaj dalej

BIG|BRAVE – A Gaze Among Them

Czwarty album kanadyjskiego tria BIG|BRAVE rozpoczynają dostojne uderzenia perkusji. Niedługo później dołączają przybrudzone gitary i zaczynamy się snuć w bezpiecznych gatunkowo oparach doomowych, do czasu wkroczenia hipnotycznych partii wokalistki Robin Wattie. Jest to głos będący wartością samą w sobie, a jednocześnie wywołujący bardzo dobre skojarzenia – z jednej strony przypomina Bjork, z drugiej Emmę Ruth Rundle. Od tego momentu wiemy już, że będziemy obcować z albumem nieszablonowym, wyróżniającym się na tle licznych około-doomowych nowości.

A Gaze Among Them wydała wytwórnia Southern Lord Recordings należąca do Grega Andersona, czyli połowy duetu Sunn o))). Podobnie jak zespół ich wydawcy BIG|BRAVE wolą fizyczne przeżywanie pulsującego dźwięku od cieszenia się zwartą rockową formą. Zawartość 38 minutowego krążka może się też skojarzyć z Nadją albo The Angelic Process. Kanadyjczycy świetnie sobie przy tym radzą z zapadającymi w pamięć melodiami. Słuchając dwóch pierwszych utworów Muted Shifting of SpaceHolding Pattern możemy odnieść wrażenie, że zespół równie dobrze odnalazłby się w bardziej przebojowym alternatywnym graniu.

Czytaj dalej

Shining – Animal

Norweski Shining po raz kolejny przechodzi metamorfozę. Przypomnę, że załoga Jørgena Munkeby startowała od akustycznego jazzu by ruszyć w awangardowe terytoria. Zrobiło się o nich głośniej dzięki albumowi Blackjazz będącemu wypadkową wcześniejszego stylu oraz cięższych odmian metalu. Ostatnie dwie płyty zdradzały tendencje lidera w stronę bardziej przebojowego grania. Kto by jednak pomyślał, że zespołowi przyjdzie romansować z… pop-rockiem.

W mojej świadomości Munkeby to przede wszystkim saksofonista. Nawet w prostych formalnie utworach zamieszczonych na One One One oraz International Blackjazz Society dźwięki tego instrumentu były znakiem rozpoznawczym Shining. Próżno szukać go na Animal, który z jazzem nie ma już nic wspólnego. W zamian otrzymujemy wokale Jørgena utrzymane w irytującym mainstreamowo-radiowym tonie. W otwierającym krążek Take Me atakują nas kiczowate klawisze wiele mówiące o charakterze dzieła. Większość nagrań opiera się mimo wszystko na klasycznym brzmieniu Shining – mamy podkręcone tempo, przesterowane, a jednocześnie syntetyczne brzmienie gitar. Te elementy sprawiają, że da się Animal słuchać.

Czytaj dalej

Alice in Chains – Rainier Fog

Alicja nie rozpieszcza fanów częstotliwością wypuszczania nowych wydawnictw. Od premiery świetnego The Devil Put Dinosaurs Here minęło wszak pięć długich lat. Apetyt na kolejny longplay rósł, chociaż nie był tak podszyty niepewnością jak w przypadku pierwszego po reaktywacji albumu Black Gives Way to Blue. Do nowego wcielenia Alice in Chains już dawno zdążyłem się przyzwyczaić podobnie jak do aktualnego wokalisty Williama DuValla. Charyzmatycznego, będącego po prostu sobą – w żadnym razie nieaspirującego do bycia kopią nieodżałowanego Layne'a Staleya. 

Rainier Fog był zapowiadany jako swego rodzaju odniesienie do korzeni Alice in Chains, czego dowodem stała się sesja nagraniowa częściowo zrealizowana w tym samym studio, w którym powstał trzeci album grupy (mój ulubiony Tripod). Tytuł krążka nawiązuje do wulkanu Rainier górującego nad deszczowym Seattle, mieście będącym kolebką całego grunge'owego ruchu. Ekscytację mogła wzbudzić mroczna okładka i singlowy utwór So Far Under przywołujący klimaty rodem z okresu Dirt, co ciekawe napisany w całości przez nowego frontmana. Wszytkie te elementy wzmożyły ostrzenie fanowskich zębów. Jakie dźwięki przynosi nam trzecie dziecko reaktywowanej Alice?

Czytaj dalej

Conan – Existential Void Guardian

Conan to brytyjska załoga specjalizująca się w ciężkim jak głaz doom metalu zabarwionym sludgem i stonerem. Mocarne, nie biorące jeńców nagrania znaczą drogę muzyków niczym skrwawione truchła przeciwników słynnego Cymeryjczyka, któremu zespół zawdzięcza nazwę. W tym roku ukazało się ich czwarte dzieło zatytułowane Existential Void Guardian.

Mam okazję śledzić karierę Conan od chwili wydania debiutanckiej epki Horseback Battle Hammer. Początkowo traktowałem grupę jako swego rodzaju ciekawostkę. Wraz kolejnymi dziełami tria widać jednak znaczny skok jakościowy. Formacją od początku dowodzi wokalista i gitarzysta Jon Davis, ale dużym przełomem było dołączenie do zespołu basisty i drugiego gardłowego Chrisa Fieldinga, producenta oraz inżyniera dźwięku znanego ze współpracy m.in. z Electric Wizard, Hooded Menace czy też Primordial. Wniósł on do muzyki Conan swoje doświadczenie oraz stworzył z Davisem niezrównany duet wokalny, dodając do wysokich okrzyków wokalisty swój głęboki growl. Poprzedni album Revengeance ustawił poprzeczkę bardzo wysoko. Czy jego następca utrzyma się na doomowym szczycie podobnie jak howardowy Conan na tronie Aquilonii?

Czytaj dalej

Messa – Feast for Water

Stonowane dźwięki, przelewająca się woda, niepokojące, narastające brzęczenie. Muzyczna burza szybko ulegająca delikatnym partiom instrumentów i subtelnemu kobiecemu głosowi. W tym miejscu możemy spodziewać się wszystkiego, a najbardziej chyba folku, ambientu, może drone'u. Uderzenie perkusji przynosi znowuż retro doomową kanonadę. Tak zaczyna się drugi album włoskiej formacji Messa zatytułowany Feast for Water – jeden z najciekawszych krążków ostatnich lat w dziedzinie psychodelicznego doom metalu.

Granie tego typu okres świetności ma już dawno za sobą i wydawać by się mogło, że nic odkrywczego w jego ramach stworzyć nie można. Zespół pochodzący z niedużej miejscowości o wdzięcznej nazwie Cittadella nie zamierza mimo wszystko odkrywać nowych lądów. Zamiast tego miesza ze sobą skrajnie zróżnicowane muzyczne inspiracje. Na Feast for Water znajdziemy zatem elementy dark jazzu w stylu Bohren & der Club of Gore, drone'owy brud oraz partie zahaczające z jednej strony o hard rock, a z drugiej o ekstremalny metal.

Czytaj dalej

Caligula’s Horse – In Contact

Caligula's Horse to progresywno-metalowa grupa powoli przebijająca się do australijskiej czołówki w tym rodzaju cięższego grania. Od czasu wypuszczenia debiutanckiego Moments from Ephemeral City dała się poznać szerszej publiczności występując z takimi sławami jak Opeth, Pain of Salvation, Mastodon czy też The Dillinger Escape Plan. 15 września światło dzienne ujrzał czwarty już album w dorobku formacji. In Contact przynosi ze sobą dziesięć zróżnicowanych kompozycji przepełnionych wybuchową mieszanką djentowych łamańców równoważonych przestrzennością, morzem wpadających w ucho melodii, a także balladowymi fragmentami z folk-rockowym posmakiem.

Kilkukrotne przesłuchanie płyty daje nam wyczuć, że Australijczycy duży nacisk kładą na zbilansowanie elementów, z których składa się ich twórczość. Widać to szczególnie po układzie utworów. Płytę rozpoczyna energetyczna kompozycja Dream the Dead, pełna rytmicznego szaleństwa oraz rozpędzonych progresywnych solówek. Wraz z kolejnymi nagraniami środek ciężkości przesuwa się na inny plan, czego kulminację odnajdziemy w bardzo udanym, spokojnym Capulet, okraszonym spokojnymi partiami gitary akustycznej, nieśpiesznymi klawiszowymi plamami i delikatnym głosem wokalisty Jima Greya. Rozpędzona progresywna machina pracuje na pełnych obrotach w dwóch ostatnich utworach – świetnym The Cannon's Mouth i prawdziwym kolosie, czyli piętnastominutowym Graves, zaskakującym pod koniec saksofonowym zwieńczeniem. Dzięki dużemu zróżnicowaniu płyta może spodobać się zarówno zwolennikom technicznych zakrętasów jak i sympatykom wpadających w ucho melodii.

Czytaj dalej

Paradise Lost – Medusa

Brytyjski Paradise Lost to bezsprzecznie legenda klimatycznego metalu. Trudno wyobrazić sobie metalową mapę lat dziewięćdziesiątych bez wskazującego kierunek licznym naśladowcom zespołu z Halifax. Synth-popowy okres formacja ma już dawno za sobą, a ostatnia dekada przyniosła kilka potężnie brzmiących albumów. Powrót do grania w stylu najpopularniejszych płyt Icon oraz Draconian Times najwyraźniej Nickowi Holmesowi i Gregowi Mackintoshowi nie wystarczył. Poprzednia płyta The Plaque Within po raz pierwszy od wielu lat znowu zawierała growle.  Znalazła się tam również kompozycja będącą kluczem do najnowszego dziecka Anglików zatytułowana Beneath Broken Earth. Granie tego potężnego walca dało muzykom tyle posępnej radości, że postanowili nagrać longplay w całości oparty na powolnych, doom/deathowych tempach.

Medusa w podstawowej wersji trwa wyłącznie czterdzieści dwie minuty z małym hakiem. Wydaje się to mało, ale kiedy zapoznamy się z całością to czas trwania albumu stanie się wystarczający. Tempo większości nagrań jest powolne, a brzmienie mocarnie ciężkie, uzupełnione przesterowanym basem Stephena Edmondsona. Nick prawie zupełnie porzucił czysty wokal na rzecz wpasowanych w rytm growli, jakby usprawionych w stosunku do poprzedniej płyty (praktyka w roli gardłowego Bloodbath widać zrobiła swoje). Utwory są często długie i wielowątkowe – mamy zatem powrót do "długasów" z okresu trzeciego albumu Shades of God. Widać to szczególnie w otwierającym longplay,    jednocześnie jednym z najciekawszych w zestawie Fearless Sky. Spokojna, ale wzbudzająca niepokój klawiszowa partia, przechodzi w doomowy ciężar, pełen growlu, ciężkiego riffowania i zawodzących solówek niezastąpionego Mackintosha. W drugiej połowie napotkamy przyśpieszenie, pojawia się czysty głos Nicka. Pod koniec ciarki przechodzą po grzbiecie słuchającego. Staje się jasne, że mamy do czynienia z muzyczną perłą, przy tym swoistą prezentacją stylu zespołu w pigułce.

Czytaj dalej

Ulver – The Assassination of Julius Caesar

Norwegia z przełomu tysiącleci była ciekawym miejscem jeśli chodzi o muzykę. Popioły spalonych świątyń już dawno ostygły, a twórcy związani ze sceną black metalową zabrali się za ambitniejsze i diametralnie różne dźwięki. Na czele tego ruchu stał Ulver – grupa przeszła długą drogę od leśnego blacku zapatrzonego w skandynawską mitologię po elektroniczne granie inspirowane CoilThe Future Sound of London. Zespół poszukiwał, a płyty Themes From William's Blake The Marriage of Heaven HellPerdition City możemy bez wahania nazwać wybitnymi. Nordyckie wilki ("ulver" to norweskie określenie na te zwierzęta) były na fali wznoszącej kiedy poszukiwały własnego brzmienia. W pewnym momencie ich styl okrzepł… i z muzyką grupy stało się coś złego. Nie piszę, że płyty Wars of the Roses lub ATGCLVLSSCAP (konia z rzędem temu, kto potrafi zapamiętać ten tytuł) były złe i nadawały się wyłącznie do archiwizacji w muzycznym śmietniku. Grupa po prostu weszła na wyższe stadium nijakości. Podobnie jak wielu fanów wątpiłem, że zespół Garma nagra jeszcze ponadprzeciętny materiał. Myliłem się, bo oto w kwietniu do naszych głośników zawitał The Assassination of Julius Caesar.

Czytaj dalej

Mastodon – Emperor of Sand

Płyty Mastodon mają taką dziwną prawidłowość, że wymagają wielokrotnych odsłuchów aby  dźwięki stały się w świadomości słuchacza czymś więcej, niż tylko zestawem przyjemnych rockowo-metalowych piosenek. Każdy kolejny obrót krążka w naszym odtwarzaczu dobitnie pokazuje, że możemy do tych nagrań nie tylko beztrosko poruszać kończyną dolną, ale dać się tej zabawie porwać na całego i odnaleźć w niej ukryte znaczenia. Zasada ta ma zastosowanie również przy najnowszym dziele zespołu o wdzięcznym tytule Emperor of Sand.

Siódme już dzieło w dorobku Amerykanów wyraźnie kroczy ścieżką wytyczoną na The Hunter oraz Once More 'Round the Sun. Nie ma tu więc mowy o powrocie do sludge'ującej galopady z Leviathan, ani nawet progresywnej wielowarstwowości Crack the Skye. Średnia długość utworów balansuje w okolicy 4-5 minut, jest melodyjnie i zdecydowanie "radiowo". Widać, że kwartet okrzepł w swojej muzycznej budowli, choć o trwałym zabetonowaniu nie może być mowy. W stosunku do poprzedniej płyty jest tutaj nieznacznie ostrzej, a struktura utworów trochę wykracza poza piosenkowość Once More 'Round the Sun. W trzech głosach Mastodon jest jakby więcej agresji, a jej apogeum ma miejsce wtedy gdy dołącza wokal regularnego gościa na płytach zespołu – Scotta Kelly'ego z Neurosis. Zaśpiewany przez niego Scorpion Breath należy do najlepszych dotychczas występów Scotta w historii formacji. W kategorii ciężaru warto również wyróżnić Steambreather z bujającym, nieśpiesznym riffem. Przyjemny trans gdzieś umyka w typowo przyjaznym radiu refrenie.

Czytaj dalej