Wailin Storms – Rattle

Sympatycy gotyckiej americany dorobili się w tym roku udanego wydawnictwa od czterech dżentelmentów z Karoliny Połnocnej. Wailin Storms lubią rockowy hałas z gotyckimi naleciałościami i właśnie przedstawili nam swoją trzecią, najdorzalszą propozycję. Rattle ma wszystko to czego oczekiwalibyśmy po bardziej elektrycznych krążkach Wovenhand – jest mocna praca gitar, emocjonalny głos, bluesowe i gotyckie naleciałości. Podobnie jak dwa poprzednie krążki zespołu nowa płyta jest dość krótka, ale dzięki intensywności materiału te 35 minut w zupełności wystarczy.

Album otwiera mocny utwór tytułowy, którego tekst zainspirował osobliwy sen wokalisty i gitarzysty Justina Stormsa o goszczącym w jego ciele grzechotniku. Napięcie rośnie, by pod koniec wybuchnąć gitarową kanonadą. Dalej jest jeszcze intensywniej. Rope zabiera nas w muzyczną podróż po mrocznych tajemnicach amerykańskiego południa. Zwraca uwagę dynamika znana z płyt Christian Death, ale też Anglików z Bauhaus. Grass rozpoczyna bluesująca partia wokalna, której początkowo towarzyszy jedynie perkusja, by szybko ustąpić miejsca potężnemu riffowi. Jest to najwolniejsza kompozycja mogąca kojarzyć się z grunge'em czy nawet doom metalem, a my czujemy się jak uczestnik mrocznej ceremonii pogrzebowej. Kolejny utwór Wish nie pozwala nam wytchnąć. Głos Stormsa w tym numerze przypomina niektóre dokonania Swans.

Czytaj dalej

Paradise Lost – Obsidian

Szesnasty krążek Paradise Lost zapowiadano jako dzieło bardziej zróżnicowane od wydanej trzy lata temu Medusy. Weterani gotyckiego metalu dotarli na poprzedniczce do kulminacji doom/deathowego stylu, nagrywając jedną z najcięższych płyt w karierze. Nic więc dziwnego, że zespół postanowił tym razem trochę spuścić z tonu. Obsidian to zarazem album wydany trzydzieści lat po debiutanckim Lost Paradise. Nie da się przy okazji uciec od podsumowań długiej obecności Anglików na scenie.

Dla wielu słuchaczy Paradise Lost czasy świetności ma dawno za sobą i nowsza muzyka grupy interesuje ich co najwyżej jako podróż sentymentalna. Moim zdaniem nie do końca słusznie. Po okresie delikatnego marazmu, gdzieś na wysokości Faith Divides Us – Death Unites Us zespół odnalazł nowe siły twórcze i każda płyta wydawana w ciągu ostatniej dekady jest co najmniej bardzo udana. Obsidian nie jest tutaj wyjątkiem.

Czytaj dalej

1000mods – Youth of Dissent

1000mods to załoga, o której w pewnym momencie musiał usłyszeć każdy zainteresowany sceną stoner rockową. Debiutancki Super Van Vacation pozwolił grupie wybić się w rodzimej Grecji, a i na światowej scenie zrobiło się o nich głośniej. Od tego czasu zespół wydał jeszcze dwa albumy studyjne zakorzenione w desert rockowej stylistyce z elementami doom metalu, ale też alternatywnego rocka. Najnowsza propozycja Greków przynosi pewne zmiany w sprawdzonej formule grania.

Przy czwartym krążku Youth of Dissent 1000mods spróbowali czegoś nowego – wyjechali do Seattle by w dwóch popularnych studiach nagrywać pod okiem doświadczonego producenta Matta Baylesa, mającego na koncie pracę przy płytach Pearl Jam, Soundgarden, Mastodon, Isis czy  Deftones. Jak to posunięcie wpłynęło na brzmienie nowego krążka?

Czytaj dalej

Elephant Tree – Habits

Doom/stoner metal to niewdzięczna łatka kojarząca się z hermetycznym graniem znanym z płyt wielu wyrastających jak grzyby po deszczu zespołów. W zalewie riffów ogranych dawno temu przez Black Sabbath, a później Sleep albo Electric Wizard pojawiają się jednak grupy przełamujące założenia gatunku. Taką formacją jest Elephant Tree. Już na wydanym cztery lata temu albumie nazwanym Elephant Tree czuć było powiew świeżości, który rozkwił w pełni na najnowszej, trzeciej płycie Habits.

Podstawą każdej z ośmiu kompozycji na tym krążku jest snująca się melodia prowadzona spokojnym głosem wokalisty. Zazwyczaj towarzyszy jej potężny riff, ale zespół chętnie odbywa wycieczki zarezerwowane dla wpływów progresywnych czy nawet post-rockowych. Przykładowo w przedostatnim Wasted usłyszymy niestandardowe partie klawiszy wchodzące w dialog z mocnym, przesterowanym basem. Z kolei w singlowym Bird grupa odpływa w progresywne rejony, dzięki czemu to nagranie może przypaść do gustu sympatykom późniejszych płyt Katatonii czy twórczości Riverside

Czytaj dalej

Katatonia – City Burials

Jeśli zespół istniejący od kilku dekad wydaje nowy krążek, to automatycznie stawia się na pozycji trochę straconej. Pojawiają się porównania z klasycznym materiałem, stwierdzenia, że "kiedyś to było" i mniej lub bardziej zasłużone kręcenia nosem. Dzieje się tak również przy okazji premiery każdej nowej płyty szwedzkiej Katatonii. Tegoroczny City Burials nie jest wyjątkiem, tym bardziej, że powstał po krótkiej przerwie w działalności zespołu, co nieuchronnie zwiększa oczekiwania. 

Apetyt wzrósł także po premierze drugiego singla, czyli energetycznego Behind the Blood. Mocne, ocierające się o heavy metal partie gitar, żwawe tempo i duża przebojowość – to wszystko przyniosło pewien powiew świeżości. Jeżeli jednak oczekiwaliśmy drugiej młodości po weteranach melancholijnego metalu, to możemy się nieco zawieść. City Burials kontynuuje drogę obraną na kilku poprzednich płytach, w szczególności Dead End KingsThe Fall of Hearts. W przeciwieństwie do poprzednika, jest tutaj jakby lżej – szwedzki kwintet zręcznie manewruje pomiędzy metalowym ciężarem, a podszytą syntezatorami i elektroniką balladową melancholią. Zmiany tempa i nastroju spotykamy często w ramach jednego utworu (Rein czy też otwierający krążek Heart Set to Divide).

Czytaj dalej

Tortuga – Deities

Psychodelia, doom i kosmiczny horror. Tak w skrócie można opisać zawartość Deities, drugiej płyty poznańskiego kwartetu Tortuga. Bóstwa, czy jak kto woli, Przedwieczni zaatakowali w Nowy Rok z siedmioma nagraniami tworzącymi stosunkowo długą i spójną całość. Jasną wskazówkę co do tematyki albumu daje wspaniała grafika na okładce, a także specjalne podziękowanie dla pewnego jegomościa z Providence zamieszczone w serwisie Bandcamp.

Jak wiadomo z Lovecraftem mierzyło się już mnóstwo metalowych zespołów i wydawać by się mogło, że temat jest już do cna wyeksploatowany. Polscy muzycy nie sięgają jednak po mitologię Cthulhu za często – w około sludge'owych klimatach inspirację HPL'em znajdziemy przykładowo na wydanych kilka lat temu płytach Coffinfish. Jak  podobne motywy wypadły na nowym longplayu Tortugi?

Czytaj dalej

King Gizzard & the Lizard Wizard – Infest the Rats’ Nest

Z australijskim King Gizzard & the Lizard Wizard do tej pory nie było mi bardzo po drodze. W dokładnym zapoznaniu się z dyskografią przeszkadzała jej objętość – w końcu dziś to już piętnaście albumów nagranych w ciągu niecałej dekady działalności. Pewnym przełomem stała się tegoroczna płyta Fishing for Fishies. Po kilku miesiącach ten pełen głodu tworzenia zespół powraca z Infest the Rats' Nest – dziełem dla składu nietypowym, bo utrzymanym w stylistyce thrash metalowej.

Elementy cięższego grania były obecne w muzyce tej niecodziennej formacji już wcześniej – choćby na psychodelicznym Murder of the Universe. Kierunek obrany na Infest the Rats' Nest jest mimo wszystko na tyle daleki od charakterystycznego dla zespołu garage rocka, że może wydawać się śmiałym eksperymentem, a w najgorszym wypadku nieszkodliwą ciekawostką. Przyjrzyjmy się zawartości tego krótkiego, trwającego niespełna 35 minut dzieła.

Czytaj dalej

Baroness – Gold & Grey

Fani Baroness od dobrych paru lat nie mają łatwego życia. Najnowsze wydawnictwo zespołu Johna Baizleya ponownie wystawia cierpliwość słuchaczy na szwank. Gold & Grey jest piątym albumem długogrającym w dorobku grupy. Dwa kolory oraz długość materiału nieuchronnie wzbudzają skojarzenie z dwupłytowym Yellow & Green, na którym to Baronowa z bezpiecznego sludge'owego schronienia ruszyła w stronę przebojowej, rockowej formuły. Podobieństw międzymi tymi wydawnictwami znajdziemy więcej, ale Gold & Grey jest wartością samą w sobie, wokół której nie można przejść obojętnie (swoją drogą mało brakowało, by płyta nazywała się Orange).

Czytaj dalej

Valley of the Sun – Old Gods

Tegoroczny album Valley of the Sun umiejętnie wykorzystuje nostalgię za cięższym rockiem lat dziewięćdziesiątych. Krążek zabiera słuchacza na dobrze znaną pustynię, gdzie pobrzmiewa KyussFu Manchu. Potrafi jednocześnie schłodzić ulewą prosto z deszczowego Seattle uderzając energią zarezerwowaną dla Alice in Chains czy też Soundgarden. Grupa z Ohio brzmi przy tym zaskakująco świeżo – nie ma tu miejsca wyłącznie na sentymentalne wycieczki w przeszłość. Jesteśmy tu i teraz, a przed nami gra jedna z ciekawszych załóg na stoner rockowej scenie.

Old Gods to w swojej ograniczonej, rockowej formule bardzo zróżnicowana płyta. Mamy powolne, psychodeliczne utwory, takie jak Into the Abyss, Dreams of Sand czy też nagranie tytułowe. Kontrastują z nimi krótkie i szybkie strzały w postaci All We Are, Dim Vision albo Firewalker. Dodatkowo zespół pomyślał o różnorodnych interludiach. Urozmaicenie wprowadza nawet sposób śpiewania Ryana Ferriera odnajdującego się zarówno w wysokich, agresywnych rejestrach, jak i niskich, jakby znużonych partiach. Te zabiegi powodują, że w ciągu blisko 42 minut materiału nie będziemy się ani przez chwilę nudzić.

Czytaj dalej