Wailin Storms – Rattle

Sympatycy gotyckiej americany dorobili się w tym roku udanego wydawnictwa od czterech dżentelmentów z Karoliny Połnocnej. Wailin Storms lubią rockowy hałas z gotyckimi naleciałościami i właśnie przedstawili nam swoją trzecią, najdorzalszą propozycję. Rattle ma wszystko to czego oczekiwalibyśmy po bardziej elektrycznych krążkach Wovenhand – jest mocna praca gitar, emocjonalny głos, bluesowe i gotyckie naleciałości. Podobnie jak dwa poprzednie krążki zespołu nowa płyta jest dość krótka, ale dzięki intensywności materiału te 35 minut w zupełności wystarczy.

Album otwiera mocny utwór tytułowy, którego tekst zainspirował osobliwy sen wokalisty i gitarzysty Justina Stormsa o goszczącym w jego ciele grzechotniku. Napięcie rośnie, by pod koniec wybuchnąć gitarową kanonadą. Dalej jest jeszcze intensywniej. Rope zabiera nas w muzyczną podróż po mrocznych tajemnicach amerykańskiego południa. Zwraca uwagę dynamika znana z płyt Christian Death, ale też Anglików z Bauhaus. Grass rozpoczyna bluesująca partia wokalna, której początkowo towarzyszy jedynie perkusja, by szybko ustąpić miejsca potężnemu riffowi. Jest to najwolniejsza kompozycja mogąca kojarzyć się z grunge'em czy nawet doom metalem, a my czujemy się jak uczestnik mrocznej ceremonii pogrzebowej. Kolejny utwór Wish nie pozwala nam wytchnąć. Głos Stormsa w tym numerze przypomina niektóre dokonania Swans.

Czytaj dalej

Hexvessel – When We Are Death

When We Are DeathPremiery nowego materiału Hexvessel oczekiwałem niecierpliwie. Poprzedni długogrający album Finów i lidera-Brytyjczyka wywarł na mnie piorunujące wrażenie stając się prywatną płytą roku 2012, a także jedną z ważniejszych wypuszczonych na świat w obecnej dekadzie. Apetyt na kolejną porcję muzyki Hexvessel rósł w miarę pojawiania się kolejnych wydawnictw: epki Iron Marsh  uzupełniającej muzykę grupy o retro-rockowy feeling, a także płyt zespołu Beastmilk/Grave Pleasures stawiających na przebojowość oraz post-punkową energię.

Słuchając When We Are Death można zauważyć kierunek obrany na wspomnianych wydawnictwach. Szczególnie odsłuch otwierającego album Transparent Eyeball przywodzi na myśl jakąś zanurzoną w doorsowym sosie wersję Grave Pleasures. Kolejne utwory to już rasowy Hexvessel – poruszające melodie, mistyczny nastrój i liryki o odnalezieniu duchowej ojczyzny w zespoleniu z matką Ziemią. Metafizyczny klimat No Holier Temple zszedł jednakże na dalszy plan, a jego miejsce zajęły sprawnie skomponowane kompozycje w pełni nasiąkłe wpływami lat 60-tych. Potrzebowałem dobrych kilku przesłuchań by móc na dobre się w tej zmianie stylu odnaleźć. Nowe dzieło zespołu wynagrodziło mi cierpliwość z nawiązką – trzeba uczciwie przyznać, że na żadnym z dotychasowych wydawnictw nie znalazło się tyle sprawnie skomponowanych, zwartych piosenek. Doświadczenia Kvohsta zdobyte w Grave Pleasures zdecydowanie nie poszły na marne.

Wspomniany sentyment do brzmień złotych hippisowskich czasów słyszymy w licznych partiach organów, jazzującej lekkości sekcji rytmicznej oraz dźwięku gitar. Mistyczny nastrój, tak ważny na dwóch poprzednich krążkach długogrających nie poszedł całkowicie w odstawkę, co więcej z każdym kolejnym obcowaniem z When We Are Death coraz bardziej dociera do nas metafizyczny przekaz Hexvessel. Pomaga nam w tym jak zawsze nieco patetyczny wokal Mata “Kvohsta” McNerney'a. Dzieje się tak szczególnie w spokojniejszych utworach, choćby w poruszającym Mirror Boy ozdobionym zgrabną partią saksofonu. Szybsze utwory nie proponują słuchaczowi zwykłej retro-rockowej galopady, ale zdają się być podporządkowane konceptowi albumu. When We Are Death jest dziełem zdecydowanie równym, warto jednak wyróżnić kilka utworów: singlowy Earth Over Us, najbliższy poprzedniemu longplayowi Cosmic Truth, cięższy Drugged up on the Universe czy wreszcie zamykający Hunter's Prayer, w pewien sposób podsumowujący wątki z wcześniejszych utworów i wywołujący przy tym ciarki na plecach. Duży plus należy się muzykom za rock'n'rollowy Mushroom Spirit Doors z licznymi zmianami tempa.

When We Are Death jest płytą inną od poprzedniczki. Brakuje tajemniczego folkowego artyzmu No Holier Temple przenoszącego słuchacza z ulic zatłoczonego miast wprost w objęcia mistycznego świata Natury. Z drugiej strony takie albumy nagrywa się tylko raz w życiu i dobrze, że Hexvessel nie kopiują samych siebie. Zamiast odgrzewanych kotletów dostaliśmy porcję zgrabnego 43 minutowego materiału mocno osadzonego w brzmieniu sprzed kilku dekad. Wszystkim sympatykom nastrojowego rocka polecam premierowy materiał fińskiej formacji. Nie pożałujecie i nieprędko odejdziecie z krainy o nazwie When We Are Death.

Michał Raś

 

23.06.2015

1.KYPCK – Пророк (Prorok)
2.KYPCK – Воскресение (Voskresenie)
3.Leprous – The Flood
4.The Dillinger Escape Plan – Nothing's Funny
5.Candlemass – The Bells of Acheron
6.Morbid Angel – Where the Slime Lives
7.Tiamat – Vision
8.Blood Ceremony – Lord Summerisle

Landberk – Indian Summer

Indian Summer

W życiu słuchacza rocka progresywnego przychodzi prędzej czy później moment wyboru. Może zatracić się bez reszty w skomplikowanych, pompatycznych strukturach muzycznych poszukując coraz to nowszych kapel do swojej kolekcji. Jest też druga możliwość: ruszenia dalej w kierunku innej, często prostszej muzyki, spokrewnionej mniej lub bardziej ze światem art-rocka. Okazuje się bowiem, że poza Genesis, Marillion, ELP i całym tabunem ich naśladowców też istnieje poruszająca muzyka w mniej skostniałych formach. Podobną drogę przechodzą nierzadko sami wykonawcy, czego przykładem są choćby ostatnie dzieła Jeżozwierzy czy nawet rzeczony Marillion z okresu Anorakophobii.

Wspomniana metamorfoza dotknęła w połowie lat 90tych jednego z głównych przedstawicieli tzw. szwedzkiej sceny art-rocka, czyli zespół Landberk. Wraz z Anektoden stworzyli charakterystyczny styl oparty na karmazynowych partiach mellotronu i brzmień jakby żywcem wyjętych ze złotych art-rockowych czasów. Jednocześnie sporo było tam mroku w dość skandynawskim wydaniu. Po wydaniu dwóch płyt przyszedł czas na dzieło finalne i w nieco innym stylu – Indian Summer z 1996 roku.

Otwierający krążek Humanize nie sugeruje jeszcze poważnych zmian w brzmieniu, podobnie rzecz się ma z następującym po nim, dziewięciominutowym All Around Me. Już od początku towarzyszą nam przy tym dźwięki spokojne i stonowane, różne od tego, co można było usłyszeć na wydanym dwa lata wcześniej One Man Tell's Another. Od numeru trzeciego (1st of May) mamy do czynienia głównie z krótkimi utworami pełnymi chwytliwych, prawie popowych melodii. Co ciekawe grupa cały czas brzmi jak Landberk – mellotron oraz charakterystyczny, rozmarzony głos i gitary nie opuszczają nas ani na moment. To wydaje mi się najbardziej urzekające na Indian Summer. Płyta brzmi poniekąd jak materiał pop-rockowy zagrany przez rasowych art-rockowców. Nie ma w tym żadnego dysonansu, wszystko wydaje się logicznie wypływać z naturalnego rozwoju zespołu.

Indiańskie lato nie jest na pewno płytą wybitną. Może nawet sprawiać wrażenie swoistego the best of, chociaż zgrabnie skompilowanego. Posiada jednak kompozycje najlepsze w karierze zespołu. Art-rockowe korzenie są mocno słyszalne, jednocześnie płyta ujmuje prostotą. Słychać luźniejsze podejście do grania, jakby panowie wpuścili sporo powietrza do skostniałego progresywnego świata. Niestety jest to ostatnie dzieło w dorobku Szwedów. Niedługo po jego wydaniu grupa rozpadła się, a gitarzysta Reine Fiske oraz basista Stefan Dimle dołączyli do zespołu Paatos, z którym nagrali m.in. rewelacyjny debiut Timeloss. Z nowym składem podążyli dalszą ścieżką rozwoju inspirując się trip-hopem i szeroko pojętą elektroniką…

Michał Raś