23.06.2015

1.KYPCK – Пророк (Prorok)
2.KYPCK – Воскресение (Voskresenie)
3.Leprous – The Flood
4.The Dillinger Escape Plan – Nothing's Funny
5.Candlemass – The Bells of Acheron
6.Morbid Angel – Where the Slime Lives
7.Tiamat – Vision
8.Blood Ceremony – Lord Summerisle

Podsumowanie roku 2014

Zanim rozpoczniemy kolejny sezon w Cytadeli warto podsumować upływający rok 2014. Ponieważ czas antenowy poświęcimy innym, może ciekawszym sprawom zestawienie najciekawszych płyt, kilku znaczących wydarzeń oraz rozczarowań odnajdziecie poniżej.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy na rynek wydawniczy trafiła pokaźna liczba poruszających albumów. Żadnego z nich nie mogę jednocześnie określić dziełem przełomowym. W zestawieniu ująłem też niewiele krajowych produkcji. Płyty znad Wisły są wyraźne w odwrocie, chociaż żaden z rodzimych artystów nie trafił do sekcji "rozczarowania".

Zdaje sobie sprawę, że kształt rankingu wynika po części z braku czasu, a  po części z ignorancji – wiele ważnych płyt nie zbadałem stawiając wyżej grzebanie w dźwiękach z lat ubiegłych ponad gonitwę za nowościami. Zestawienie bazuje głównie na ilości przesłuchań. Najwyżej umieściłem płyty najczęściej katowane w odtwarzaczach wszelkiej maści.

Najlepsze płyty 2014 roku:

10.Blues Pills – Blues Pills

Szwedzki kwartet zadaje kłam teorii o wypaleniu się retro-rockowego grania. A może ten osąd potwierdza, bo urocza Elin Larsson i jej trzej koledzy pozostawiają konkurencję daleko w tyle. Blues Pills to czysta energia, kop w tyłek wymierzony bezlitośnie i z polotem. High Class Woman, Gypsy, Devil Man, No Hope Left For Me… album po brzegi zapełniony hitami.

9.Bloodbath – Grand Morbid Funeral

Starzejący się Nick Holmes staje za mikrofonem w kapeli grającej oldschoolowy death metal, dodatkowo prowadzonej przez dwóch muzyków Katatonii? Czemu nie, jeśli ten układ wypada tak dobrze. Mamy tutaj surowe śmierć metalowe brzmienia oraz elementy doom/deathu najwyższej rangi w numerach Church of VastitasGrand Morbid Funeral (w końcu z takiego grania panowie zasłynęli w pamiętnych latach dziwięćdziesiątych). Bezlitosne, niszczące dźwięki jednocześnie pełne dobrej zabawy. Muzycy z nieomal czterama dychami na karku bezbłędnie reinterpretują klimaty, na których się wychowali. Forma wokalna Nicka sprawdziła się w studio. Jak wypadnie na żywo można się będzie przekonać w tym roku np. na festiwalu Brutal Assault.

8.Scott Walker & Sunn o))) – Soused

W roku 2014 Greg AndersonStephen O’Malley wypuścili aż dwa wydawnictwa pod swoim najbardziej znanym szyldem. Kooperacja z Ulver niestety rozczarowała – jakże miłą odmianą stał się zatem album nagrany z rockową legendą: Scottem Walkerem we własnej osobie. Płyta pełna kontrastów, a jednocześnie chyba najbardziej „radiowa” w ostatnim dorobku Sunn o))) i solowego Walkera. Pięć bardzo dobrych, trzymających poziom kompozycji, które polecam nie tylko fanom drone’ów.

7.Godflesh – World Lit Only By Fire

Wielki powrót industrialnego mostrum. Godflesh znów przetacza się po słuchaczu bez litości, korzystając z minimalnego arsenału środków, podobnie jak czynił to na StreetcleanerPure. I chociaż nówce daleko jest do poziomu wymienionych płyt, to jednak nadal ten sam Godflesh i ten sam Justin Broadrick – pozbawiony złudzeń, z furią wykrzykujący jak mamy przesrane na tym padole.

6.Earth – Primitive and Deadly

Nie emocjonowałem się premierą kolejnej płyty tria prowadzonego przez Dylana Carlsona. Ostatnie lata to bowiem seria bardzo podobnych wydawnictw Earth stylistycznie zbliżonych do leniwego southernowego post-rocka. Kiedy jednak usłyszałem riff z otwierającego Torn By The Fox Of The Crescent Moon zastanawiałem się, czy aby nie pomyliłem płyt. Tak, tytuł albumu doskonale opisuje zawartość. Nadal odwiedzamy to samo upalne, leniwe pustkowie gdzieś w czeluści USA, jednak tym razem mamy poczucie, że zaraz wydarzy się coś niepokojącego, np. naskoczy na nas zombie rodem z serialu The Walking Dead. Sporym plusem albumu są wokalizy Rabi Shabeen Qazi i Marka Lanegana.

5.Triptykon – Melana Chasmata

Tom Gabriel Fischer (a.k.a. Warrior) kontynuuje ścieżkę obraną na ostatnim studyjnym longplayu Celtic Frost  – Monotheist oraz pociągniętą dalej debiutanckim krążkiem Triptykon. Melana Chasmata to płyta ciekawsza od debiutu, z jednej strony nie wnosząca nic nowego do znanego już stylu Wojownika, z drugiej pełna po prostu lepszych kompozycyjnie numerów. Takim kawałkom jak Tree of Suffocatiing Souls nie da się oprzeć.

4.Woven Hand – Refractory Obdurate

Oblicze Davida Eugena Edwardsa, które ubóstwiam najwyżej pochodzi z dawnych płyt 16 Horsepower oraz wczesnych dzieł spod znaku Woven Hand. Od kiedy bogobojny kowboj zaimplementował do swojej muzyki więcej rockowego ciężaru coś się zaczęło psuć. Nie oznacza to, że albumy Ten Stones lub The Laughing Stalk były złe, ale nówka przerasta je o głowę. I jednocześnie nie rezygnuje z ciężaru. Edwardsowi udało się nagrać jeden z lepszych krążków w karierze.

3.Goat – Commune

Szwedzkie voodoo powróciło i wypuściło płytę tak dobrą jak debiutancki World Music. Grupa zaprezentowała dziewięć utworów pulsujących transowością. Jest melodyjnie, pani wokalistka śpiewa/krzyczy z pasją w głosie, a słuchacz wraz z zespołem celebruje starożytne rytuały. Commune trzyma w napięciu od samego początku (otwierający Talk to God). Ostatnie trzy numery to już murowane ciary na plecach.

2.Electric Wizard – Time to Die

Po przebojowym (i bardzo dobrym) Black Masses Czarodziej postawił na bezkompromisowość. Wypuścił długi, bo ponad godzinny, przytłaczający atmosferą i przesterowanym brzmieniem album, który nie jest łatwy orzechem do zgryzienia dla przeciętnego słuchacza (ale czy Electric Wizard tworzył kiedykolwiek dla „przeciętnych słuchaczy”? ;)). Liczniej niegdyś występujące sample z filmów czy bardziej rock’n’rollowe partie ograniczono do minimum pozostawiając piękną, ziejącą czernią otchłań.

1.Swans – To Be Kind

Od czasu reaktywacji świat zwariował na punkcie Łabądków. Nie dziwota – tak dobre powroty nie zdąrzają się często. Album To Be Kind to najbardziej wyważone dzieło z trzech ostatnich longplayów. Jest industrialne szaleństwo wczesnych płyt z lat osmiedziesiątych, ale i przejaw melodyjności z okresu długiej współpracy z Jarboe. Michael Gira zaprasza nas do swojego na wpół religijnego, szaleńczego spektaklu. Pięknie transowa, przebogata płyta.

Wyróżnienia:

4.The Black Keys – Turn Blue

Duet mający w curriculum vitae kilka dobrych albumów bluesowych został w 2011 roku “ogarnięty” przez producenta Danger Mouse’a, który wydobył z nich komercyjny potencjał. I rzeczywiście płyta El Camino osiągnęła ogromny sukces czyniąc z The Black Keys stadionową gwiazdę. Turn Blue to ponowna, równie udana współpraca ze wspomnianym producentem. Nowością jest odejście od ostrzejszego  bluesowego brzmienia na rzecz spokojnych ballad ze szczyptą soulu.

3.Furia – Nocel

W końcu coś z naszego kraju. Czwarty album Nihila i spółki wydał mi się początkowo trochę pójściem na łatwiznę. Po minimalistycznej Marzannie nowy longplay sprawia wrażenie silnego spojrzenia wstecz na wczesne dokonania Ślązaków, będąc jednocześnie najbardziej melodyjną płytą Furii. Rozczarowanie ustąpiło szybko miejsca wzbierającemu uwielbieniu, bo od tych numerów po prostu nie sposób się uwolnić.

2.Primordial – Where Greater Men Have Fallen

Irlandzki zespół jak żaden inny potrafi połączyć blackmetalową brzydotę z patetycznym nastrojem folku i klasycznym heavy. Nowe dzieło eksploruje nieco mroczniejszą stronę pogańskich pól bitewnych i jest godnym następcą  rewelacyjnego Redemption at the Puritan's Hand.

1. Robert Plant – Lullaby and… The Ceaseless Roar

Zbyt uważnie nie śledzę solowego lotu bylego Zeppelina, jednak słuchając tej zaskakująco jak na muzyka o takim stażu świeżej płyty jestem przekonany, że jakiekolwiek sentymentalne (i kasowe) reuniony Led Zeppelin są bezcelowe. Mamy tu zestaw pięknych piosenek, podszytych elektroniką i daleko-wschodnim folklorem. Głos wokalisty wspaniale się zakonserwował i nie słychać w nim blisko siedemdziesięcioletniego dinozaura rocka. Gdyby nie pewna nierówność materiału umieściłbym Lullaby… w głównym rankingu najlepszych płyt.

Rozczarowania:

3.Mark Lanegan Band – Phantom Radio

Po genialnym Blues Funeral wymagania co do nowego materiału były spore i niestety Mark nie sprostal oczekiwaniom. Phantom Radio zawiera utwory, które mam wrażenie, że Lanegan mógłby popełnić w dwa-trzy dni od niechcenia. Na ich tle już ciekawiej wypada ubiegłoroczny lp z coverami o nazwie Imitations.

2.Mastodon – Once More 'Round the Sun

Once More 'Round the Sun to materiał na poziomie, jednak brakuje mu energii i numerów, które zapadałyby w pamięć tak jak wiele dawnych hitów Amerykanów. Chyba nadszedł czas, by Panowie z Mastodon kolejny raz zredefiniowali swoją twórczość, bo wtórność dała się tutaj niestety we znaki.

1.Sigiriya – Darkness Died Today

Bardzo ceniłem debiutancki longplay SigiriyiReturn to Earth. Zawierał nie tylko błyskotliwie zaaranżowane kompozycje ale przede wszystkim świetny, zachrypnięty wokal Doriana Waltersa. To wyróżniało zespół na tle masy kapel stonerowych. Tymczasem Darkness Died Today jest solidnym, ale jedynie solidnym materiałem przypominającym wielu kolegów po pustynnym fachu. Nowy głos Matta "Pipes'a" Williamsa jest tak typowy dla stoner rocka, jak to tylko możliwe.

Wydarzenia – wyróżnię tu dwa newsy z mijającego roku kalendarzowego.

Śmierć Selima Lemouchi – Jego zespół The Devil’s Blood był jednym z niewielu naprawdę oryginalnych produktów nowego occult/retro rocka. Niespodziewany rozpad kapeli w 2013 roku wieszczył już coś niedobrego. Odejście muzyka 4 marca 2014 r.  tylko te złe przeczucia przypieczętowało.

Reaktywacja In the Woods… – Niegdyś bardzo cenieni przeze mnie norwescy muzycy postanowili powrócić do wspólnego grania pod legendarnym leśnym szyldem. Apoteozowani są w metalowym światku głównie za płytę Heart of the Ages, jak dla mnie jednak prawdziwy geniusz zespołu objawia się na albumach OmnioStrange in Stereo. Zespół jest już nieco zapomniany dlatego polecam każdemu usiąść wygodnie w fotelu z dobrym trunkiem w ręku, odpalić Omnio i słuchać uważnie ponadczasowej muzyki nie z tego świata.

Michał Raś

Electric Wizard – Time to Die

Time to Die

„Kultowość” Electric Wizard to zjawisko, nad którym nie trzeba się specjalnie rozwodzić. Dość powiedzieć, że kapela Jus’a Oborne’a jest jednym z pierwszych, wyrazistych doom/stonerowych tworów jakie pojawiły się na tym padole.  Czarodziej zyskał przez lata wielu naśladowców, jednak trudno dorównać mu ciężarem, klimatem horroru i mrocznego rytuału (niezależnie od ilości wypalonego przez ich epigonów zielska). Wraz z odejściem Marka Greening’aTima Bagshaw’a potęga powalącego riffu trochę zelżała i Wizard przesunął się w kierunku nieco bardziej melodyjnym. Najnowsza produkcja o rozkosznym tytule Time to Die miała być powrotem do potężnych brzmień, czego potwierdzeniem stał się Greening ponownie goszczący za zestawem perkusyjnym.


Wszyscy wiemy jak to z zapowiadanymi powrotami bywa – trudno przypuszczać, aby zespół powtórzył sukces Come my Fanatics…Dopethrone. Nowe dzieło EW brzmi raczej jak kompromis pomiędzy wyraźnym wzmocnieniem brzmienia, a melodyjnością Black Masses, uznawanego przez Justina za wręcz "popowy" album grupy. Można Time to Die określić jako nieślubne dziecko Czarnych Mszy oraz cieżkiego, rozmytego soundu Let Us Pray, ostatniej płyty nagranej przez Wizard jako trio. Podobnie jak to wspomniane dzieło, mamy do czynienia ze zwartą całością, dźwiękową otchłanią, z której wynurzają się kolejne ciężkie jak walec partie gitary i basu. Całość wieńczy zdyscyplinowana, charakterystyczna perkusja (Greening to chyba najbardziej utalentowany pałker w doom metalu) oraz wydobywający się gdzieś z oddali głos Justina. Jego czysty wokal jak zawsze nadaje demoniczny ton, przesiąknięty rytualnym złem niczym blackmetalowy wyziew podany jednakże z iście rock’n’rollową nutą.

Czytaj dalej

Opeth – Pale Communion

Opeth_Pale_Communion_album_artworkTak się złożyło, że czas poprzedzający premierę najnowszego dzieła Opeth spędziłem na odświeżaniu klasycznych nagrań kapeli. Ekscytacja budowana przez albumy Still LifeBlackwater Park to nie lada konkurencja dla rzucanej za moment na ruszt odtwarzacza świeżynki. Tym bardziej gdy zespół swój złoty okres przeżywał ponad dekadę temu. Czy Pale Communion dało radę? Opinie są zróżnicowane, tak jak i różni są słuchacze szwedzkiego zespołu. W moim przypadku owoc zachwytu dojrzewał długo.

Jedenasty longplay w dorobku załogi Mikaela Åkerfeldta nie mógł wzbudzić takich kontrowersji jak jego poprzednik – pozbawiony deathmetalowej zaciętości Heritage, pełen za to progresywnych retro-klimatów. Rytmiczne łamańce, a potem tęskna melodia w rozpoczynającym nowy zestaw Eternal Rains Will Come tylko potwierdzają chęć kontynuacji obranej na poprzednim LP drogi. Zagnieżdżone w klasyce rocka patenty przy kompletnym braku growli i ostrzejszych ozdobników – to nowe oblicze zespołu, które możemy odrzucić bądź przekonać się do niego i przyjąć za swoje.

Czytaj dalej

Sylvian/Fripp – Damage

Nigdy nie byłem szczególnym fascynatem albumów koncertowych. Trudno bowiem nawet po części w nagraniach live oddać atmosferę występów na żywo. Są jednak płyty szczególne, które można bez wahania stawiać obok studyjnych dokonań muzyków. Jako przykłady warto wspomnieć Towards the Within Dead Can Dance i wymieniany często Made in Japan Purpli. Do tego rodzaju dzieł z pewnością należy Damage sygnowany nazwiskami Davida SylvianaRoberta Frippa. Jest to album z kilku względów wyjątkowy.
 
Obaj muzycy są charakterystycznymi osobowościami w swoich dziedzinach. Fripp jako lider Karmazynowego Króla od kilku dekad udowadnia bezkompromisowość, wykraczającą poza art-rockowe schematy. Z kolei Sylvian to unikatowy głęboki głos znany z nowofalowego Japan, a później solowej kariery, w trakcie której dał się poznać jako melancholijny singer-songwriter i eksperymentator. Obaj panowie spotkali się już wcześniej na płycie Gone to Earth Sylviana – Fripp ozdobił jej zawartość kilkoma solówkami i soundscape'ami. Kapitanowi King Crimson wspólne granie podeszło do gustu na tyle, że zaproponował wokaliście dołączenie do kolejnej inkarnacji swojej kapeli. Sylvian jednak odmówił – nie był widocznie zdolny do udźwignięcia brzemienia karmazynowej legendy. Duet Sylvian-Fripp postanowił jednak popełnić album pod własnymi nazwiskami. Tak narodził się ciężki, transowy The First Day, zwiastujący oblicze wydanego kilka lat później cd Thrak King Crimson.

Czytaj dalej

Vallenfyre – Splinters

vallenfyreWieść, że lider i solowy gitarzysta brytyjskiego Paradise Lost wydaje płytę ze swoim pobocznym projektem natychmiastowo wywołała u mnie sporą ciekawość.  Po pierwsze Greg Mackintosh nigdy w czasie swojej długiej kariery nie bawił się w tego typu skoki w bok. Po drugie (i chyba ważniejsze) gitarowe partie tego pana to prawdziwa marka i głęboka jakość. Każdy kto kiedykolwiek słyszał choć jedną płytę Raju Utraconego wie o tym doskonale. Wydany w 2011 roku debiutancki krążek jego nowego zespołu Vallenfyre zatytułowany A Fragile King był dziełem brutalnym, hołdującym najlepszym kapelom z przełomu lat 80/90 w kategorii death i doom metal. Nasz bohater wylał na niego całą agresje i siedzącą w nim wtedy gorycz (płyta powstała tuż po śmierci ojca muzyka). Z drugiej strony złożył należny ukłon kapelom, które inspirowały go na początku swojej muzycznej drogi. Okazało się, że Vallenfyre nie jest projektem jednorazowym – 21 maja roku 2014 na świat wypuszczono kolejne dzieło zespołu ochrzczone mianem Splinters.

Czytaj dalej

Rush – Grace Under Pressure

Muzyka Rush nigdy nie należała do moich faworytów, a przynajmniej tak było na początku muzycznej drogi z Kanadyjczykami. Zetknięcie z najwyżej cenionymi w progresywnym światku albumami Moving Pictures, 2112 czy Hemispheres przyniosło pozytywne dźwiękowe doznania. Nie były to jednak uderzenia przyprawiające o szczególnie szybkie bicie serca, ot klasyka, którą znać i szanować należy. Jak się jednak okazało oprócz tych najtrwalej zapisanych w rockowych annałach dzieł kanadyjskie trio ma w swojej dyskografii poukrywane prawdziwe perełki. Jedną z najjaśniejszych jest Grace Under Pressure z roku 1984. Ale po kolei.

Chyba w całej karierze Rush tytuł tak dobrze nie odzwierciedlał całości dzieła. Jest w tej muzyce szlachetność, gracja, piękno schowane pod płaszczykiem pewnej duszności, kreowanej niewątpliwie przez surowy styl muzyczny i brzmienie dekady. Liryki Neila Parta także nie opowiadają o wesołych sprawach. Rozpacz po nagłej utracie bliskiej osoby w być może najbardziej zgrabnym numerze Afterimage, wspomnienie piekła Holocaustu (w obozie Bergen-Belsen przebywała matka wokalisty, Geddy’ego Lee), którego dotyczy Red Sector A, czy wreszcie bardziej uniwersalne teksty o zmaganiach dnia codziennego posiadają w sobie dawkę melancholii. Jednocześnie jest w nich mocny zastrzyk pasji i nadziei, tytułowej łaski. Słowa są istotną część albumu i stanowią o jego sile. Muzycznie bowiem Grace Under Pressure jest w prostej linii kontynuacją albumu Signals, jednak koncept opisywanego dzieła odróżnia go znacznie na tle wydanego dwa lata wcześniej nieco bezbarwnego materiału.

Czytaj dalej

Mark Lanegan Band – Blues Funeral

Blues FuneralTen głos znają wszyscy, nawet jeśli nie zawsze kojarzą jego właściciela. Mark Lanegan, bo o  nim mowa jest prawdziwą szarą eminencją amerykańskiej alternatywy. Niegdyś dzierżył mikrofon w  grunge’owym Screaming Trees by w międzyczasie raczyć nas solowymi dziełami. Słychać go na płytach Queens of the Stone Age, gdzie w sumie zawsze pozostawał bohaterem drugiego planu. Kto jednak nie kojarzy Hangin’ Tree? Pojawił się też na albumie supergrupy Mad Season śpiewając w duecie z Laynem Staleyem w przepięknym Long Gone Day. Charakterystyczny, zachrypnięty wokal na stałe zagościł w  rockowej historii, mimo, że zawsze w połączeniu z tzw. „wielkimi” sceny.

 Długo kazał czekać na kolejny solowy album. Poprzednia płyta Bubblegum wydana tuż po odejściu z  Queensów odbiła się pewnym echem i często traktowana jest jako największe solowe dzieło Marka. Musiało jednak minąć długie 8 lat by wokalista postanowił wypuścić kolejny materiał sygnowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Zawartość Blues Funeral może niejednego zaskoczyć.

Czytaj dalej

Landberk – Indian Summer

Indian Summer

W życiu słuchacza rocka progresywnego przychodzi prędzej czy później moment wyboru. Może zatracić się bez reszty w skomplikowanych, pompatycznych strukturach muzycznych poszukując coraz to nowszych kapel do swojej kolekcji. Jest też druga możliwość: ruszenia dalej w kierunku innej, często prostszej muzyki, spokrewnionej mniej lub bardziej ze światem art-rocka. Okazuje się bowiem, że poza Genesis, Marillion, ELP i całym tabunem ich naśladowców też istnieje poruszająca muzyka w mniej skostniałych formach. Podobną drogę przechodzą nierzadko sami wykonawcy, czego przykładem są choćby ostatnie dzieła Jeżozwierzy czy nawet rzeczony Marillion z okresu Anorakophobii.

Wspomniana metamorfoza dotknęła w połowie lat 90tych jednego z głównych przedstawicieli tzw. szwedzkiej sceny art-rocka, czyli zespół Landberk. Wraz z Anektoden stworzyli charakterystyczny styl oparty na karmazynowych partiach mellotronu i brzmień jakby żywcem wyjętych ze złotych art-rockowych czasów. Jednocześnie sporo było tam mroku w dość skandynawskim wydaniu. Po wydaniu dwóch płyt przyszedł czas na dzieło finalne i w nieco innym stylu – Indian Summer z 1996 roku.

Otwierający krążek Humanize nie sugeruje jeszcze poważnych zmian w brzmieniu, podobnie rzecz się ma z następującym po nim, dziewięciominutowym All Around Me. Już od początku towarzyszą nam przy tym dźwięki spokojne i stonowane, różne od tego, co można było usłyszeć na wydanym dwa lata wcześniej One Man Tell's Another. Od numeru trzeciego (1st of May) mamy do czynienia głównie z krótkimi utworami pełnymi chwytliwych, prawie popowych melodii. Co ciekawe grupa cały czas brzmi jak Landberk – mellotron oraz charakterystyczny, rozmarzony głos i gitary nie opuszczają nas ani na moment. To wydaje mi się najbardziej urzekające na Indian Summer. Płyta brzmi poniekąd jak materiał pop-rockowy zagrany przez rasowych art-rockowców. Nie ma w tym żadnego dysonansu, wszystko wydaje się logicznie wypływać z naturalnego rozwoju zespołu.

Indiańskie lato nie jest na pewno płytą wybitną. Może nawet sprawiać wrażenie swoistego the best of, chociaż zgrabnie skompilowanego. Posiada jednak kompozycje najlepsze w karierze zespołu. Art-rockowe korzenie są mocno słyszalne, jednocześnie płyta ujmuje prostotą. Słychać luźniejsze podejście do grania, jakby panowie wpuścili sporo powietrza do skostniałego progresywnego świata. Niestety jest to ostatnie dzieło w dorobku Szwedów. Niedługo po jego wydaniu grupa rozpadła się, a gitarzysta Reine Fiske oraz basista Stefan Dimle dołączyli do zespołu Paatos, z którym nagrali m.in. rewelacyjny debiut Timeloss. Z nowym składem podążyli dalszą ścieżką rozwoju inspirując się trip-hopem i szeroko pojętą elektroniką…

Michał Raś

Black Sabbath – Vol. 4

Vol. 4

Poprzez swoje trzy pierwsze albumy grupa Black Sabbath ostatecznie wypracowała własne brzmienie i styl, na zawsze już wpisując się w historię rocka i metalu. Od grającego prostą muzykę zespołu szukających dla siebie zajęcia chłopaków z Birmingham, Sabbs przekształcili się w pierwszoligową hard rockową grupę z rzeszą oddanych fanów i przecierającą nowe szlaki w muzyce. Ta zmiana nie mogła pozostać bez wpływu na tworzone przez nich dźwięki, czego pierwszym wyraźniejszym przejawem jest wydany w 1972 roku album Vol. 4.
    
 Czwarty album zespołu posiada wszystko to, z czego zasłynęły ParanoidMaster of Reality. Mamy więc ciężkie riffy i solówki Iommiego, charakterystyczne basowe partie Geezera, rozpędzoną, przesiąkniętą jazzowym inspiracjami perkusję Warda, wreszcie wokalną ekspresję Ozziego, trudną do pomylenia z czymkolwiek innym. Zarejestrowane przez zespół utwory sprawiają jednak wrażenie znacznie bardziej oszlifowanych i noszących ślady większego muzycznego wyrobienia. Progresywne aspiracje Iommiego, które mocno dały się we znaki na następnych płytach Sabbath Bloody Sabbath i przede wszystkim Sabotage, na „czwórce” przejawiają się jeszcze nieśmiało, ale są zauważalne. Bogatsza struktura utworów, użyte w kilku miejscach syntezatorowe plamy (Wheels of Confusion, Snowblind) czy dalsza eksploracja akustycznych brzmień (ładny, instrumentalny Laguna Sunrise) znacznie łagodzą oblicze tego albumu. Nie oznacza to wszakże rezygnacji z ciężkich brzmień, które również silnie tu występują. W takich utworach jak Cornucopia czy Under the Sun Tony Iommi zagrał jedne z najbardziej mocarnych riffów w karierze. Panowie jednak udowadniają, że muzycy są z nich dojrzali i potrafią zręcznie manipulować nastrojem jednocześnie łącząc te przeciwieństwa w spójną całość.

Czytaj dalej