Wojciech Gunia – Nie ma wędrowca

Paź - 31 2016 | By

Nie ma wędrowcaWeird fiction to estetyka stanowiąca margines wypełnionej mainstreamem literatury grozy. Pierwotne kowencje horroru zachwycające oprócz wzbudzającej dreszcz emocji historii także uniwersalną wagą poruszanych tematów wydają się domeną pogrzebaną w przeszłości wraz z dziełami Poego, Meyrinka czy nawet popularnego wciąż Lovecrafta. Tym większa radość wzbiera u czytelnika weird, gdy pojawiają się na polskim rynku wydawniczym dzieła autorów współcześnie uprawiających podobną literaturę: Thomasa Ligottiego lub naszego krajana, Wojciecha Guni. Debiutancka powieść tego ostatniego zatytułowana Nie ma wędrowca trwoży, zachwyca, skłania do wielorakich refleksji, a przede wszystkim należy do najważniejszych w tym roku premier w dziedzinie polskiego horroru.

Powieść Guni zawiera wszystkie cechy dobrego literackiego „straszydła” – oferuje nam ciemne, zapomniane przez wielu połacie ziemi, skrywające pod śnieżną pierzyną nierozwiązane tajemnice przeszłości. Baza – tartak, w którym przyszło pracować nowemu dozorcy będącego narratorem – to doskonałe miejsce na dobry horror zabarwiony klasyczną opowieścią o duchach, taką jaką znamy z twórczości Algernona Blackwooda albo M.R. Jamesa. Motyw nadprzyrodzony to jednak echo ludzkiego okrucieństwa, jego niezabliźniona konsekwencja. Bardzo istotnym elementem Nie ma wędrowca staje sie wątek historyczny. Autor przytacza nam opis dwóch zbrodni inspirowanych prawdziwymi wydarzeniami. Bez trudu można wyłapać nawiązania do rzeczywistych okoliczności, Gunia jednakże jak ognia unika wskazywania konkretnych miejsc i nazw, zamiast nich stosując określenia w rodzaju „inny kraj”, „najeźdźcy” lub „sąsiedzi”. Brak przynależności do konkretnego miejsca i nacji uwypukla nam szerszy kontekst, o którym chce nam opowiedzieć autor – przedstawia uniwersalny obraz okrucieństwa ludzkich czynów. Pomimo swojej brutalności nie mają one większego znaczenia przy słabości samego ludzkiego gatunku, czy nawet wszelkiej egzystencji, zmieniającej się i lichej, zmierzającej ku nieuchronnej zagładzie. Przede wszystkim jednak opisywane wydarzenia stają się pretekstem do przemyśleń o rozmywaniu się pojęcia „ja”. Uczestnicy wojennej zawieruchy pogrążają się w amnezji poszukując wiedzy o swojej tożsamości, będącej jednocześnie zaprzeczeniem budowanego po traumatycznych wydarzeniach obrazu samego siebie. Odkrywanie przez głównego bohatera historii poprzedniego dozorcy – Roszczuka – kieruje powieść w stronę rozważań o naturze dobra i zła oraz koncepcji chrześcijańskiego Boga.

Poszczególne etapy dzieła prowadzi perfekcyjna, niezwykle przemyślana narracja. Gunia pozwala również odczuć klimat miejsca, w którym rozgrywa się akcja. Z  opisu "suszarni" bije gorąco, czytelnik brodzi w śnieżnych zaspach, czując na twarzy spadające płatki białego puchu, a bród i starość wyposażenia tartaku stają się namacalne. Znakomicie zostali przedstawieni pracownicy Bazy, ludzie twardzi, pogrążeni w rytuale swoich obowiazków, świadomi jednak wagi popełnienia ohydnych zbrodni w miejscu, gdzie przyszło im żyć i pracować. Mimo, że akcja powieści nie jest bogata w dynamiczne zwroty, to autorowi udało się zrównoważyć filozoficzny aspekt dzieła z elementami, na których opiera się dobra opowieść. Złowieszczo spokojny rozwój akcji przyśpiesza gwałtownie w ostatnim rozdziale. Lęk oraz ciężki, zimowy nastrój kumulują się, a zakończenie ma w sobie wszystkie cechy kunsztownego horroru.

O ile poprzednia książka autora – zbiór opowiadań Powrót – był wyraźnym ukłonem w stronę stylu Thomasa Ligottiego, to nowe dzieło Guni nosi znamiona większej oryginalności stylu. Po przeczytaniu ostatnich kart, zgodnie z informacją zawartą na okładce, długo nie możemy się otrząsnąć. Historia opowiedziana przez Wojciecha Gunię wraca do nas niczym zmaterializowane echa przeszłości ziemi, na której postawiono Bazę. Książka warta polecenia zarówno tym, którzy chcą poczuć na skórze dreszcz grozy oraz oczekującym od literatury czegoś więcej niż tylko solidnej rozrywki.

Michał Raś