Vallenfyre – Splinters

Sie - 09 2014 | By

vallenfyreWieść, że lider i solowy gitarzysta brytyjskiego Paradise Lost wydaje płytę ze swoim pobocznym projektem natychmiastowo wywołała u mnie sporą ciekawość.  Po pierwsze Greg Mackintosh nigdy w czasie swojej długiej kariery nie bawił się w tego typu skoki w bok. Po drugie (i chyba ważniejsze) gitarowe partie tego pana to prawdziwa marka i głęboka jakość. Każdy kto kiedykolwiek słyszał choć jedną płytę Raju Utraconego wie o tym doskonale. Wydany w 2011 roku debiutancki krążek jego nowego zespołu Vallenfyre zatytułowany A Fragile King był dziełem brutalnym, hołdującym najlepszym kapelom z przełomu lat 80/90 w kategorii death i doom metal. Nasz bohater wylał na niego całą agresje i siedzącą w nim wtedy gorycz (płyta powstała tuż po śmierci ojca muzyka). Z drugiej strony złożył należny ukłon kapelom, które inspirowały go na początku swojej muzycznej drogi. Okazało się, że Vallenfyre nie jest projektem jednorazowym – 21 maja roku 2014 na świat wypuszczono kolejne dzieło zespołu ochrzczone mianem Splinters.

Kilka pierwszych dźwięków wydobywających się z głośników po odpaleniu cd nie pozostawia żadnych wątpliwości. Scabs wita nas kanonadą szybkich, oldschoolowo brzmiących uderzeń oraz miażdżących wnętrzności riffów. To otwieracz idealny wyznaczający kierunek dla kolejnych utworów. Dalej robi się jeszcze ciekawiej – drugi utwór w zestawie, ciężki jak walec drogowy Bereft, powala dojmujących smutkiem, a partia solowa gitary w refrenie poruszy niejedno zagubione w Raju Utraconym serce. Tak wygląda całość materiału – w stosunku do debiutu zgodnie z zapowiedziami zwielokrotniono szybkość i agresję, czyniąc jednocześnie powolne, doomowe partie jeszcze bardziej mocarnymi. Wszechobecny duch Celtic Frost, Autopsy, Morbid Angel czy wczesnego Paradise Lost pozwala zatracić się w tym niezwykle solidnym dziele.

Zaskoczeniem może być głęboki growl Grega, który świetnie sprawuje się w tej nowej dla siebie roli. Oprócz typowo deathowych naleciałości posiada on pewną crustową manierę. Wokal jest na tyle wyraźny, że bez trudu możemy rozróżnić słowa, traktujące ( a jakże) o rozczarowaniu światem, ludzkością, religią etc. Tym razem liryki zostały oderwane od osobistych doświadczeń Mackintosh’a nabierając bardziej uniwersalnego charakteru. Dopełniają one melancholijno-apokaliptyczną wizję całości.

Słuchając 11 składających się na Splinters numerów ciężko momentami uwierzyć, że ten sam człowiek skomponował swego czasu z Paradise Lost melodyjne, rockowe albumy One SecondHost. Ci słuchacze, którzy zachwycali się doom/deathowymi dokonaniami Brytyjczyków takimi jak Lost Paradise czy Shades of God powinni być z kolei tym materiałem wniebowzięci. Podobnie jak wszyscy lubujący się w rzetelnym śmierć metalowym retro-graniu.  Muzycy przed wejściem do studia nie mieli w planach rejestrowania płyty perfekcyjnej, za to szczerej i pełnej energii charakterystycznej dla występów na żywo. Słuchając Splinters mogę stwierdzić, że udało im się to osiągnąć z nawiązką. Płyta jest niesamowicie równa, chociaż odrobinę bliżej jest mi do wolniejszych, doom-deathowych walców w postaci Bereft, Aghast i miażdżącego, wieńczącego całość utworu tytułowego. Podobnie jak debiut oraz dwa ostatnie longplaye Paradise Lost Splinters udowadnia, że nasz gitarzysta pełen jest twórczych i nadal świeżych pomysłów. Pozostaje czekać na następną płytę Raju Utraconego, której wizja, jak twierdzi sam zainteresowany, powoli się już krystalizuje.

Michał Raś