Ulver – The Assassination of Julius Caesar

Maj - 07 2017 | By

Norwegia z przełomu tysiącleci była ciekawym miejscem jeśli chodzi o muzykę. Popioły spalonych świątyń już dawno ostygły, a twórcy związani ze sceną black metalową zabrali się za ambitniejsze i diametralnie różne dźwięki. Na czele tego ruchu stał Ulver – grupa przeszła długą drogę od leśnego blacku zapatrzonego w skandynawską mitologię po elektroniczne granie inspirowane CoilThe Future Sound of London. Zespół poszukiwał, a płyty Themes From William's Blake The Marriage of Heaven HellPerdition City możemy bez wahania nazwać wybitnymi. Nordyckie wilki ("ulver" to norweskie określenie na te zwierzęta) były na fali wznoszącej kiedy poszukiwały własnego brzmienia. W pewnym momencie ich styl okrzepł… i z muzyką grupy stało się coś złego. Nie piszę, że płyty Wars of the Roses lub ATGCLVLSSCAP (konia z rzędem temu, kto potrafi zapamiętać ten tytuł) były złe i nadawały się wyłącznie do archiwizacji w muzycznym śmietniku. Grupa po prostu weszła na wyższe stadium nijakości. Podobnie jak wielu fanów wątpiłem, że zespół Garma nagra jeszcze ponadprzeciętny materiał. Myliłem się, bo oto w kwietniu do naszych głośników zawitał The Assassination of Julius Caesar.

Pozornie jest to płyta utrzymana w znanej stylistyce grupy. Jest elektronika, słyszymy charakterystyczny głos lidera Ulver. Już pierwszy odsłuch wypuszczonego przed premierą utworu Nemoralia dał nam jednak jasno do zrozumienia, że tym razem grupa wróciła na dobrą drogę. Co ciekawe robi to przy pomocy synth-popowych patentów. Nasuwają się depeszowe skojarzenia – niektórzy twierdzą wręcz, że Ulver nagrał w tym roku lepszy album Depeche Mode niż sam zespół Martina Gore i Dave'a Gahana. Skojarzenie jest po części uzasadnione, ale moim zdaniem dla The Assassination… krzywdzące. Grupa czerpie garściami z popu lat osiemiedziesiątych i to nie tylko o depeszowym odcieniu. Wstrzykuje do tego własny, wyrobiony styl, dlatego dużo tutaj nastrojów z albumów Shadows of the SunWars of the Roses. To nadal jest Ulver tylko ponownie z pomysłem i pasją tworzenia.

Kluczem do sukcesu okazał się układ poszczególnych nagrań. Począwszy od przebojowej Nemoralii, po długie kolosy w rodzaju Rolling Stone oraz Coming Home kompozycje wydają się logicznie z siebie wypływać, choć nie mamy do czynienia z concept albumem. Warto wyróżnić dwa wymienione wyżej utwory, w moim przekonaniu najciekawsze na płycie. Rolling Stone czaruje przebojowym refrenem, podchodzącym pod soul i r'n'b by zaraz przywalić noise'ową partią. Nagranie uzupełnia saksofon znanego z Hawkwind Nika Turnera. Coming Home to z kolei nieśpieszna kompozycja bazująca na mrocznych partiach sentyzatorów. Przywodzi ona na myśl niektóre patenty z Perdition City lub Shadows of the Sun. Krótsze nagrania wgniatają w fotel odważną jak na Ulver przebojowością (najbardziej "ejtisowy" Southern Ghotic oraz 1969 odznaczający się w refrenie potężną partią klawiszy). Muzyka z płyty szybko wpada w ucho, ale nieprędko chce z niej wylecieć.

Swoim nowym albumem Ulver pokazuje, że nadal ma w sobie niespożyte pokłady kreatywności. Kryzys twórczy został opanowany, a słuchacze mogą odetchnąć z ulgą. Miejmy nadzieję, że  The Assassination of Julius Caesar nie okaże się jednorazowym wyjątkiem w morzu przeciętności, a kolejne dzieła zespołu będą przynajmniej po części tak dobre.

9/10

Michał Raś