Valley of the Sun – Old Gods

Tegoroczny album Valley of the Sun umiejętnie wykorzystuje nostalgię za cięższym rockiem lat dziewięćdziesiątych. Krążek zabiera słuchacza na dobrze znaną pustynię, gdzie pobrzmiewa Kyuss i Fu Manchu. Potrafi jednocześnie schłodzić ulewą prosto z deszczowego Seattle uderzając energią zarezerwowaną dla Alice in Chains czy też Soundgarden. Grupa z Ohio brzmi przy tym zaskakująco świeżo – nie ma tu miejsca wyłącznie na sentymentalne wycieczki w przeszłość. Jesteśmy tu i teraz, a przed nami gra jedna z ciekawszych załóg na stoner rockowej scenie.

Old Gods to w swojej ograniczonej, rockowej formule bardzo zróżnicowana płyta. Mamy powolne, psychodeliczne utwory, takie jak Into the Abyss, Dreams of Sand czy też nagranie tytułowe. Kontrastują z nimi krótkie i szybkie strzały w postaci All We Are, Dim Vision albo Firewalker. Dodatkowo zespół pomyślał o różnorodnych interludiach. Urozmaicenie wprowadza nawet sposób śpiewania Ryana Ferriera odnajdującego się zarówno w wysokich, agresywnych rejestrach, jak i niskich, jakby znużonych partiach. Te zabiegi powodują, że w ciągu blisko 42 minut materiału nie będziemy się ani przez chwilę nudzić.

Czytaj dalej

Rush – Grace Under Pressure

Muzyka Rush nigdy nie należała do moich faworytów, a przynajmniej tak było na początku muzycznej drogi z Kanadyjczykami. Zetknięcie z najwyżej cenionymi w progresywnym światku albumami Moving Pictures, 2112 czy Hemispheres przyniosło pozytywne dźwiękowe doznania. Nie były to jednak uderzenia przyprawiające o szczególnie szybkie bicie serca, ot klasyka, którą znać i szanować należy. Jak się jednak okazało oprócz tych najtrwalej zapisanych w rockowych annałach dzieł kanadyjskie trio ma w swojej dyskografii poukrywane prawdziwe perełki. Jedną z najjaśniejszych jest Grace Under Pressure z roku 1984. Ale po kolei.

Chyba w całej karierze Rush tytuł tak dobrze nie odzwierciedlał całości dzieła. Jest w tej muzyce szlachetność, gracja, piękno schowane pod płaszczykiem pewnej duszności, kreowanej niewątpliwie przez surowy styl muzyczny i brzmienie dekady. Liryki Neila Parta także nie opowiadają o wesołych sprawach. Rozpacz po nagłej utracie bliskiej osoby w być może najbardziej zgrabnym numerze Afterimage, wspomnienie piekła Holocaustu (w obozie Bergen-Belsen przebywała matka wokalisty, Geddy’ego Lee), którego dotyczy Red Sector A, czy wreszcie bardziej uniwersalne teksty o zmaganiach dnia codziennego posiadają w sobie dawkę melancholii. Jednocześnie jest w nich mocny zastrzyk pasji i nadziei, tytułowej łaski. Słowa są istotną część albumu i stanowią o jego sile. Muzycznie bowiem Grace Under Pressure jest w prostej linii kontynuacją albumu Signals, jednak koncept opisywanego dzieła odróżnia go znacznie na tle wydanego dwa lata wcześniej nieco bezbarwnego materiału.

Czytaj dalej

Black Sabbath – Vol. 4

Vol. 4

Poprzez swoje trzy pierwsze albumy grupa Black Sabbath ostatecznie wypracowała własne brzmienie i styl, na zawsze już wpisując się w historię rocka i metalu. Od grającego prostą muzykę zespołu szukających dla siebie zajęcia chłopaków z Birmingham, Sabbs przekształcili się w pierwszoligową hard rockową grupę z rzeszą oddanych fanów i przecierającą nowe szlaki w muzyce. Ta zmiana nie mogła pozostać bez wpływu na tworzone przez nich dźwięki, czego pierwszym wyraźniejszym przejawem jest wydany w 1972 roku album Vol. 4.
    
 Czwarty album zespołu posiada wszystko to, z czego zasłynęły Paranoid i Master of Reality. Mamy więc ciężkie riffy i solówki Iommiego, charakterystyczne basowe partie Geezera, rozpędzoną, przesiąkniętą jazzowym inspiracjami perkusję Warda, wreszcie wokalną ekspresję Ozziego, trudną do pomylenia z czymkolwiek innym. Zarejestrowane przez zespół utwory sprawiają jednak wrażenie znacznie bardziej oszlifowanych i noszących ślady większego muzycznego wyrobienia. Progresywne aspiracje Iommiego, które mocno dały się we znaki na następnych płytach Sabbath Bloody Sabbath i przede wszystkim Sabotage, na „czwórce” przejawiają się jeszcze nieśmiało, ale są zauważalne. Bogatsza struktura utworów, użyte w kilku miejscach syntezatorowe plamy (Wheels of Confusion, Snowblind) czy dalsza eksploracja akustycznych brzmień (ładny, instrumentalny Laguna Sunrise) znacznie łagodzą oblicze tego albumu. Nie oznacza to wszakże rezygnacji z ciężkich brzmień, które również silnie tu występują. W takich utworach jak Cornucopia czy Under the Sun Tony Iommi zagrał jedne z najbardziej mocarnych riffów w karierze. Panowie jednak udowadniają, że muzycy są z nich dojrzali i potrafią zręcznie manipulować nastrojem jednocześnie łącząc te przeciwieństwa w spójną całość.

Czytaj dalej