Caligula’s Horse – In Contact

Caligula's Horse to progresywno-metalowa grupa powoli przebijająca się do australijskiej czołówki w tym rodzaju cięższego grania. Od czasu wypuszczenia debiutanckiego Moments from Ephemeral City dała się poznać szerszej publiczności występując z takimi sławami jak Opeth, Pain of Salvation, Mastodon czy też The Dillinger Escape Plan. 15 września światło dzienne ujrzał czwarty już album w dorobku formacji. In Contact przynosi ze sobą dziesięć zróżnicowanych kompozycji przepełnionych wybuchową mieszanką djentowych łamańców równoważonych przestrzennością, morzem wpadających w ucho melodii, a także balladowymi fragmentami z folk-rockowym posmakiem.

Kilkukrotne przesłuchanie płyty daje nam wyczuć, że Australijczycy duży nacisk kładą na zbilansowanie elementów, z których składa się ich twórczość. Widać to szczególnie po układzie utworów. Płytę rozpoczyna energetyczna kompozycja Dream the Dead, pełna rytmicznego szaleństwa oraz rozpędzonych progresywnych solówek. Wraz z kolejnymi nagraniami środek ciężkości przesuwa się na inny plan, czego kulminację odnajdziemy w bardzo udanym, spokojnym Capulet, okraszonym spokojnymi partiami gitary akustycznej, nieśpiesznymi klawiszowymi plamami i delikatnym głosem wokalisty Jima Greya. Rozpędzona progresywna machina pracuje na pełnych obrotach w dwóch ostatnich utworach – świetnym The Cannon's Mouth i prawdziwym kolosie, czyli piętnastominutowym Graves, zaskakującym pod koniec saksofonowym zwieńczeniem. Dzięki dużemu zróżnicowaniu płyta może spodobać się zarówno zwolennikom technicznych zakrętasów jak i sympatykom wpadających w ucho melodii.

Czytaj dalej

Paradise Lost – Medusa

Brytyjski Paradise Lost to bezsprzecznie legenda klimatycznego metalu. Trudno wyobrazić sobie metalową mapę lat dziewięćdziesiątych bez wskazującego kierunek licznym naśladowcom zespołu z Halifax. Synth-popowy okres formacja ma już dawno za sobą, a ostatnia dekada przyniosła kilka potężnie brzmiących albumów. Powrót do grania w stylu najpopularniejszych płyt Icon oraz Draconian Times najwyraźniej Nickowi Holmesowi i Gregowi Mackintoshowi nie wystarczył. Poprzednia płyta The Plaque Within po raz pierwszy od wielu lat znowu zawierała growle.  Znalazła się tam również kompozycja będącą kluczem do najnowszego dziecka Anglików zatytułowana Beneath Broken Earth. Granie tego potężnego walca dało muzykom tyle posępnej radości, że postanowili nagrać longplay w całości oparty na powolnych, doom/deathowych tempach.

Medusa w podstawowej wersji trwa wyłącznie czterdzieści dwie minuty z małym hakiem. Wydaje się to mało, ale kiedy zapoznamy się z całością to czas trwania albumu stanie się wystarczający. Tempo większości nagrań jest powolne, a brzmienie mocarnie ciężkie, uzupełnione przesterowanym basem Stephena Edmondsona. Nick prawie zupełnie porzucił czysty wokal na rzecz wpasowanych w rytm growli, jakby usprawionych w stosunku do poprzedniej płyty (praktyka w roli gardłowego Bloodbath widać zrobiła swoje). Utwory są często długie i wielowątkowe – mamy zatem powrót do "długasów" z okresu trzeciego albumu Shades of God. Widać to szczególnie w otwierającym longplay,    jednocześnie jednym z najciekawszych w zestawie Fearless Sky. Spokojna, ale wzbudzająca niepokój klawiszowa partia, przechodzi w doomowy ciężar, pełen growlu, ciężkiego riffowania i zawodzących solówek niezastąpionego Mackintosha. W drugiej połowie napotkamy przyśpieszenie, pojawia się czysty głos Nicka. Pod koniec ciarki przechodzą po grzbiecie słuchającego. Staje się jasne, że mamy do czynienia z muzyczną perłą, przy tym swoistą prezentacją stylu zespołu w pigułce.

Czytaj dalej

Ulver – The Assassination of Julius Caesar

Norwegia z przełomu tysiącleci była ciekawym miejscem jeśli chodzi o muzykę. Popioły spalonych świątyń już dawno ostygły, a twórcy związani ze sceną black metalową zabrali się za ambitniejsze i diametralnie różne dźwięki. Na czele tego ruchu stał Ulver – grupa przeszła długą drogę od leśnego blacku zapatrzonego w skandynawską mitologię po elektroniczne granie inspirowane Coil i The Future Sound of London. Zespół poszukiwał, a płyty Themes From William's Blake The Marriage of Heaven Hell i Perdition City możemy bez wahania nazwać wybitnymi. Nordyckie wilki ("ulver" to norweskie określenie na te zwierzęta) były na fali wznoszącej kiedy poszukiwały własnego brzmienia. W pewnym momencie ich styl okrzepł… i z muzyką grupy stało się coś złego. Nie piszę, że płyty Wars of the Roses lub ATGCLVLSSCAP (konia z rzędem temu, kto potrafi zapamiętać ten tytuł) były złe i nadawały się wyłącznie do archiwizacji w muzycznym śmietniku. Grupa po prostu weszła na wyższe stadium nijakości. Podobnie jak wielu fanów wątpiłem, że zespół Garma nagra jeszcze ponadprzeciętny materiał. Myliłem się, bo oto w kwietniu do naszych głośników zawitał The Assassination of Julius Caesar.

Czytaj dalej

Mastodon – Emperor of Sand

Płyty Mastodon mają taką dziwną prawidłowość, że wymagają wielokrotnych odsłuchów aby  dźwięki stały się w świadomości słuchacza czymś więcej, niż tylko zestawem przyjemnych rockowo-metalowych piosenek. Każdy kolejny obrót krążka w naszym odtwarzaczu dobitnie pokazuje, że możemy do tych nagrań nie tylko beztrosko poruszać kończyną dolną, ale dać się tej zabawie porwać na całego i odnaleźć w niej ukryte znaczenia. Zasada ta ma zastosowanie również przy najnowszym dziele zespołu o wdzięcznym tytule Emperor of Sand.

Siódme już dzieło w dorobku Amerykanów wyraźnie kroczy ścieżką wytyczoną na The Hunter oraz Once More 'Round the Sun. Nie ma tu więc mowy o powrocie do sludge'ującej galopady z Leviathan, ani nawet progresywnej wielowarstwowości Crack the Skye. Średnia długość utworów balansuje w okolicy 4-5 minut, jest melodyjnie i zdecydowanie "radiowo". Widać, że kwartet okrzepł w swojej muzycznej budowli, choć o trwałym zabetonowaniu nie może być mowy. W stosunku do poprzedniej płyty jest tutaj nieznacznie ostrzej, a struktura utworów trochę wykracza poza piosenkowość Once More 'Round the Sun. W trzech głosach Mastodon jest jakby więcej agresji, a jej apogeum ma miejsce wtedy gdy dołącza wokal regularnego gościa na płytach zespołu – Scotta Kelly'ego z Neurosis. Zaśpiewany przez niego Scorpion Breath należy do najlepszych dotychczas występów Scotta w historii formacji. W kategorii ciężaru warto również wyróżnić Steambreather z bujającym, nieśpiesznym riffem. Przyjemny trans gdzieś umyka w typowo przyjaznym radiu refrenie.

Czytaj dalej