Shining – Animal

Lis - 25 2018 | By

Norweski Shining po raz kolejny przechodzi metamorfozę. Przypomnę, że załoga Jørgena Munkeby startowała od akustycznego jazzu by ruszyć w awangardowe terytoria. Zrobiło się o nich głośniej dzięki albumowi Blackjazz będącemu wypadkową wcześniejszego stylu oraz cięższych odmian metalu. Ostatnie dwie płyty zdradzały tendencje lidera w stronę bardziej przebojowego grania. Kto by jednak pomyślał, że zespołowi przyjdzie romansować z… pop-rockiem.

W mojej świadomości Munkeby to przede wszystkim saksofonista. Nawet w prostych formalnie utworach zamieszczonych na One One One oraz International Blackjazz Society dźwięki tego instrumentu były znakiem rozpoznawczym Shining. Próżno szukać go na Animal, który z jazzem nie ma już nic wspólnego. W zamian otrzymujemy wokale Jørgena utrzymane w irytującym mainstreamowo-radiowym tonie. W otwierającym krążek Take Me atakują nas kiczowate klawisze wiele mówiące o charakterze dzieła. Większość nagrań opiera się mimo wszystko na klasycznym brzmieniu Shining – mamy podkręcone tempo, przesterowane, a jednocześnie syntetyczne brzmienie gitar. Te elementy sprawiają, że da się Animal słuchać. 

Pierwszy kontakt z płytą mocno zniechęcił mnie do nowego materiału. Za drugim razem nie było lepiej – żaden z utworów nie zainteresował bliżej, a po zakończeniu ostatniego w zestawie Hole in the Sky z udziałem Linnei Dale, zwyciężczyni norweskiego Idola, pozostał jedynie niesmak. Przemogłem się jednak i spróbowałem wgryźć w nową wersję tego niegdyś bardzo oryginalnego zespołu. Na plus mogę wyróżnić My Church z dobrym hard rockowym riffem albo balladowy When the Lights Go Out, którego refren przypomina późniejsze dokonania Amorphis z Pasim Koskinenem. Przebojowość Take Me lub tytułowego numeru potrafią do siebie z czasem przekonać, a stadionowy zaśpiew w Smash it up! wbija się w pamięć. Niezłe momenty, takie jak agresywna zwrotka Everything Dies gubią się w natłoku męczącej, plastikowej nijakości. 

Animal nie jest dziełem całkowicie nieudanym. Potrafię zrozumieć aspiracje Shining do próbowania swoich sił w bardziej przebojowym materiale. Regularne metamorfozy do tej pory służyły grupie, ostatnia z nich nie należy mimo wszystko do najszczęśliwszych. Liczę na to, że Animal okaże się jednorazowym eksperymentem – podobnie jak Host Paradise Lost, który swoją drogą jest znacznie spójniejszym i lepszym kompozycyjnie albumem od ostatniego dzieła Shining

Michał Raś

Tagi: