Saint Vitus – Saint Vitus

Cze - 09 2019 | By

Pochodzący z Kalifornii Saint Vitus to jeden z pionierów tradycyjnego doom metalu, tworzący podwaliny gatunku wraz z PentagramTrouble jeszcze przed ujawnieniem światu wczesnych nagrań szwedzkiego Candlemass. W latach 80-tych wydawali trzymające równy poziom płyty, na czele z surowym debiutem i esencjonalnym dla gatunku Born to Late. Na pierwszych dwóch longplayach śpiewał Scott Reagers, który z czasem ustąpił miejsca Scottowi Weinrichowi znanemu pod pseudonimem Wino. Obaj frontmani znacząco wpłynęli na oblicze grupy, mając jednocześnie diamentralnie różne podejście do wokalu. Po reaktywacji zespołu pod koniec ubiegłej dekady formacja wypuściła tylko dwa wydawnictwa studyjne – rozczarowujący jako całość Lillie: F-65 z Wino na pokładzie oraz tegoroczny Saint Vitus z powracającym do składu pierwszym wokalistą.

Nowe dziecko Saint Vitus, podobnie jak ich pierwsza płyta nie posiada odrębnego tytułu. Wraz z powrotem Reagersa grupa zatacza koło mimo zmienionego składu – na bębnach nie gra już zmarły w 2010 roku Armando Acosta, z kolei basista Mark Adams musiał wycofać się grania z uwagi na wykrytą u niego chorobę Parkinsona. Miejsce tego pierwszego zajmuje od dziesięciu lat Henry Vasquez, a stosunkowo niedawno do grupy dołączył basista Pat Bruders (Down, ex-Crowbar). 

Liczący sobie trochę ponad 40 minut materiał jest utrzymany w stylu najlepszych dokonań Saint Vitus. Nie ma tu jednak mowy wyłącznie o odgrzewaniu dobrze znanych kotletów, bo krążek brzmi zaskakująco świeżo. Duża w tym zasługa będącego w świetnej formie wokalisty, który śpiewa praktycznie tak dobrze jak 35 lat temu. Niezależnie czy sięga po podniosłe, nawiedzone rejestry (refren 12 Years in the Tomb), czy też wykrzykuje bliższe thrashowi szorstie frazy, słychać, że Scott doskonale czuje klimat muzyki formacji. Mimo, że jestem fanem przede wszystkim płyt nagranych z Wino, to jednak przyznaję, że zmiana frontmana w przypadku nowego longplaya wyszła zespołowi na dobre.

Stałym elementem muzyki Saint Vitus jest przybrudzona, punkowa, a jednocześnie podszyta szkołą Iommiego gitara Dave'a Chandlera. Muzyk nie szczędzi soczystych riffów i charakterystycznych dla niego rozpędzonych solówek, nadając całości dość garażowe brzmienie. Dwaj oryginalni człokowie Świętego Wita idealnie uzupełniają się w nagraniu Hourglass – gęstej, zanurzonej w bluesie kompozycji, jednej z lepszych jakie zespół nagrał w ciągu ostatnich 20 lat. Mocna sekcja rytmiczna we wszystkich utworach sprawdza się bez zarzutu, a basowe partie Brudersa trzymają nagrania w ryzach podczas szaleńczych gitarowych wycieczek Chandlera.

Album rozpoczyna sabbathowy Remains, by przejść w mroczną balladę A Prelude To. Nastrój kompozycji buduje podniosły głos wokalisty wraz z melodyjną partią basu. Później mamy dobrze zachowaną równowagę pomiędzy doomowymi walcami (wspomniany Hourglass czy też Last Breath, nadający się na ścieżkę dźwiękową do cmentarnej wycieczki), a szybszymi numerami bliższymi klasycznemu hard rockowi. Do tych drugich możemy zaliczyć rozpędzony Bloodshed oraz następujący po nim singlowy 12 Years in the Tomb, odpowiedni do pobudzania publiczności na żywo. Jedyny utwór, bez którego płyta wiele by nie straciła, to City Park – dźwięki natury połączono tutaj z deklamacją, a wszystko zanurzono w psychodelicznym sosie. Jeśli miało to być urozmaicenie materiału, to niestety jest ono nieprzekonujące. Na koniec otrzymujemy wściekły, punkowy Useless, trwający niecałe 2 minuty. Obecność punk rockowego ducha można odnaleźć na każdym albumie Saint Vitus, jest to jednak pierwszy numer grupy utrzymany całkowicie w tej stylistyce.

Teksty korespondują z ponurą atmosferą płyty – mamy tematykę wyobcowania, apokalipsy albo zniewolenia. W porównaniu do liryków z okresu Wino, gdzie wiele rzeczy było wyłożonych brutalnie wprost, na Saint Vitus jest więcej abstrakcji i fantastyki.

Najnowszy krążek Saint Vitus rehabilituje zespół po falstarcie jakim był Lillie: F-65. W porównaniu do poprzednika jest to album dużo bardziej kompletny, przemyślany i skończony. Można go spokojnie postawić obok Die Healing, czyli ostatniego jak dotąd dzieła nagranego z Reagersem w połowie lat 90-tych. Zaryzykuję nawet uznanie Saint Vitus za płytę dorównującą wczesnym dokonaniom doom metalowców, z wyjątkiem może doskonałego Born to Late, którego poziomu nie sposób jest już przeskoczyć. Jest to na pewno mocny kandydat do miana doom metalowej płyty roku 2019, w czym już dla mnie pobił ostatnie dzieło Candlemass.

Posłuchaj nowego Saint Vitus na Bandcampie zespołu: https://saintvitus.bandcamp.com/album/saint-vitus

Michał Raś