Podsumowanie roku 2016

Sty - 02 2017 | By

Wybranie dwudziestu subiektywnie najciekawszych albumów roku 2016 było ciężkim orzechem do zgryzienia. Ostatnie dwanaście miesięcy, oprócz niestety plagi newsów na temat odejścia z tego świata kolejnych zasłużonych artystów, przyniosło także wysyp bardzo dobrych wydawnictw. Poniżej zabrakło miejsca na kilka longplayów, które na pewno zakwalifikowałyby się do pierwszej trzydziestki. Mowa tu choćby o Sorceress grupy Opeth (niestety ustępujące poziomem poprzedniemu Pale Communion) i Hardwired…To Self-Destruct Metalliki – być może najlepszego albumu od czasu Reload. Żadna z tych płyt nie wciągnęła mnie jednak tak bardzo jak wymienione poniżej. No to zaczynamy…

 

ultar-kadath20. Ultar – Kadath
Post-blackmetalowa załoga pochodząca z Krasnojarska uraczyła nas w zeszłym roku albumem, który śmiało można uznać za debiut roku. Rosjanie na krążku Kadath sporządzili doskonałą miksturę składającą się z blackowego brudu i post-rockowych przestrzeni. Dużo tu niebanalnych melodii, a każdy kolejny utwór wciąga słuchacza w lovecraftowską rzeczywistość będącą inspiracją dla tematyki utworów na płycie. Niby to wszystko gdzieś już było, a jednak brzmi zaskakująco świeżo.

 

 

cult-of-luna-julie-christmas-mariner 19. Cult of Luna & Julie Christmas – Mariner

Cult of Luna to zespół wymieniany jednym tchem wraz z NeurosisIsis. Ma koncie wiele płyt przygniatających nie tylko ciężarem, ale przede wszystkim dojmującym, zimnym klimatem, jaki może chyba wyjść tylko spod skandynawskich palców. Julie Christmas jest ekspresyjną wokalistką, znaną z Made Out of BabiesBattle of Mice. Jej wrzaski, zawodzenia i zaśpiewy prawie dziecięcym głosem zapisały się trwale w świecie nowoczesnego metalu. Mariner łączy wiele najlepszych cech obu stron tej współpracy. Może nie ma tu tak niszczących kompozycji jak na kilku ostatnich longplayach Szwedów, całość brzmi mimo to mocno solidnie. Śpiew Julii jest tutaj dosyć stonowany czym ma szansę przekonać nawet przeciwników swojej wokalnej wyrazistości.

 

oranssi-pazuzu-varahtelija18. Oranssi Pazuzu – Värähtelijä

Mistrzowie fińskiego chaosu powrócili. Po raz czwarty już black metal podaje rękę krautrockowi, a wszystko w kakofonii dźwięków wciągających słuchacza wprost we włochatą otchłań widoczną na okładce. Gdyby Ridley Scott planował zatrudnić rockowy zespół do stworzenia ścieżki dźwiękowej dla kolejnej części Obcego, to muzyka Oranssi Pazuzu nadawałaby się idealnie. Więcej pisać nie trzeba – musicie tę płytę poczuć na własnej skórze.

 

borknagar-winter-thrice17. Borknagar – Winter Thrice

Przez pokład Borknagar przewinęli się muzycy z kilku znanych norweskich zespołów, przez co formacja ma wiele cech supergrupy. Zawsze jednak była gdzieś w tle dla takich zespołów jak Dimmu Borgir czy Ulver. Wiele ich płyt – na czele z ostatnią Winter Thrice – pokazuje, że niesłusznie. Nowy krążek Wikingów to znakomita dawka epickich melodii i blackowej energii. Wspaniale wypada trójgłos Vintersorga, ICS Vortexa oraz klawiszowca Lazare. Wokalna trójca w nagraniu tytułowym jest dodatkowo wzmocniona przez Garma, lidera Ulver, a kiedyś również wokalisty Borknagar. Kompozycyjnie mamy tutaj metalowy majstersztyk. Jeśli życzycie sobie przyprószonego śniegiem melodyjnego metalu ze Skandynawii, to ten krążek został wykuty w nordyckiej kuźni specjalnie dla Was.

 

esben-and-the-witch-older-terrors16. Esben and the Witch – Older Terrors

Poprzednie wydawnictwa Esben and the Witch były więcej niż poprawne i miały wybitne momenty, które niestety rozmywały się w nierównościach. Older Terrors unika tych błędów serwując słuchaczowi cztery długie, solidne utwory. Powstała płyta idealnie oddająca klimat okładki – czyli takiego magicznego skrawka zieleni skąpanego w księżycowej poświacie. Zachwycają partie sekcji rytmicznej, zwłaszcza gitary basowej. Nad wszystkich góruje głos Rachel Davis będący przewodnikiem w tej wędrówce.

 

witchcraft-nucleus15. Witchcraft – Nucleus

Nigdy nie zaliczałem się do fanów pierwszych trzech retro-płyt Witchcraft. Wyraźniejsze uczucie do grupy Magnusa Pelandera zrodziło się wraz z wydaniem Legend. Nowy longplay kontynuuje drogę obraną na tamtej płycie, brnąc dalej po klasycznej, doomowej ścieżce. Mało w Nucleus wesołego hipisowskiego pogrywania, jest za to ciężki klimat wczesnych nagrań Black Sabbath czy Pentagram. Jedyne co się nie zmieniło w muzyce Witchcraft to charakterystyczny głos wokalisty.

 

marillion-f-e-a-r-fuck-everyone-nad-run14. Marillion – F.E.A.R. (Fuck Everyone nad Run)

Dawno już płyta jakiegokolwiek progresywnego weterana nie wzbudziła tylu skrajnych opinii, co ostatnie dokonanie Marillion o wdzięcznym tytule Fuck Everyone and Run. Dla jednych do bólu nudna, nijaka, niepotrzebnie minimalistyczna ze „słabym” śpiewem pana H. Dla drugich album niezwykle bogaty, wymagający jednak od słuchacza wielokrotnych i dokładnych przesłuchań. Zaliczam się szczęśliwe do tej ostatniej grupy. Po zachowawczym, dosyć przewidywalnym Sounds That Can't Be Made Marillion uderzył z materiałem zupełnie odmiennym, choć przecież tak bardzo utrzymanym w ich stylu. Warto poświęcić F.E.A.R. dużo uwagi. Gwarantuję, że album zwróci „trudy” z nawiązką. Więcej o tym albumie możecie przeczytać tutaj.

 

furia-ksiezyc-milczy-luty13. Furia – Księżyc Milczy Luty

Czas na spotkanie z pierwszym w tym zestawieniu polskim bandem, czyli śląską Furią. Księżyc Milczy Luty ("luty" to przypomiotnik oznaczający „zimny”, „srogi”, „okrutny”) stanowi materię mniej oczywistą niż Nocel wydany w 2014 r. Przynosi odważniejsze zerwanie z metalowymi schematami, wprowadzając do struktury utworów nastrojowe, niemające wiele wspólnego z metalem momenty. Katowicki zespół nie ucieka mimo wszystko od  surowej brutalności sięgającej korzeniami do lat 90-tych w Norwergii. Słuchając tej płyty możemy namacalnie odczuć śląski węgiel.

 

katatonia-the-fall-of-hearts12.Katatonia – The Fall of Hearts

Katatonia do płyty Viva Emptiness włącznie była na fali wznoszącej. Potem zaczęło się coś psuć, nawet pomimo faktu, że The Great Cold Distance było jeszcze obiektywnie dobrą płytą (znam wielu, dla których stała się wręcz ulubionym krążkiem Szwedów). Na The Fall of Hearts elektroniczne zapędy z dwóch poprzednich longplayów poszły w odstawkę na rzecz organicznego, rockowego grania, miło urozmaiconego partiami klawiszy. Czuć pasję grania i szczery klimat, który gdzieś się zagubił na ostatnich wydawnictwach. Na liczne podobieństwa do muzyki Opeth możemy przymknąć oko. Recenzję The Fall of Hearts odnajdziecie tutaj.

 

scorpion-child-acid-roulette11. Scorpion Child – Acid Roulette

Kiedy zostałem poproszony o poprowadzenie cyklu Album Tygodnia na antenie Rockserwis.fm z najnowszą płytą Scorpion Child w roli głównej podszedłem do zadania bez większych emocji. O zespole wiedziałem jedynie, że grają hard rocka w stylu retro. Wystarczyło jednak odpalić pierwszy utwór She Sings, I Kill by zatracić się w tej rock’n’rollowej podróży. Owszem dużo tu klasyki, gdzieś słyszymy dalekie echa Led ZeppelinDeep Purple. Zespół gra jednak nowocześnie, a swoim zainteresowaniem obejmuje najwyraźniej grunge i twórczość grup At the Drive-in oraz The Mars Volta. Wokalista Aryn Jonathan Black śpiewa niczym powstały z martwych Andy Wood, nie kopiując jednocześnie słynnego lidera Mother Love Bone. Błyskotliwe kompozycje wylewają się z głośników. Zdecydowany numer jeden wśród płyt hardrockowych.

 

deftones-gore10. Deftones – Gore

Nigdy nie byłem sympatykiem młodzieńczej twórczości Deftones, jeszcze w czasach gdy zespół był kojarzony z nu-metalem. Chwyciła mnie dopiero płyta Diamond Eyes, pełna smakowitego ciężaru i eterycznej łagodności. Drogę obraną na tamtym longplayu zespół kontynuuje również na Gore. Mięsiste riffy wraz z krzykiem Chino Morreno rozsadzają głośniki, by za chwilę uderzyć melancholijnym wyciszeniem. Wystarczy posłuchać nagrania tytułowego albo stworzonego wspólnie z Jerrym Cantrellem Phantom Bride by uznać ten album za godny zamieszczenia w pierwszej dziesiątce.

 

ihsahn-arktis9.Ihsahn – Arktis.

Po wypuszczeniu na światło dzienne nierównego, przeintelektualizowanego longplaya Das Seelenbrechen dawny lider Emperor powrócił z albumem tkwiącym w konwencjonalnych, metalowych korzeniach. Tytuł nagrania My Heart Is of the North brzmi jak manifest powrotu w mroźną skórę Wikinga. Nie spodziewajcie się jednak bezlitosnego black metalu. To wciąż jest solowy Ihsahn – progresywny, heavy metalowy, podążający ścieżką wyznaczoną albumem Prometheus – The Discipline of Fire & Demise jego macierzystej formacji.

 

hexvessel-when-we-are-death8.Hexvessel – When We Are Death

Poprzedni album Hexvessel stał się płytą dla mnie ważną z kilku powodów. Po pierwsze jeszcze nigdy nie słyszałem tak dobrego mariażu mistycznego neo-folku z rockiem psychodelicznym. Po drugie i chyba ważniejsze – snuta przez muzyków opowieść o drzewach wciąga niesamowicie. When We Are Death jest kontynuacją drogi obranej na No Holier Temple. Jednocześnie zespół proponuje znacznie mniejszą dawkę rytualnego klimatu na rzecz retro-rockowych wycieczek. Mamy 10 utworów, a każdy z nich jest małym arcydziełem. When We Are Death zostało pięknie wydane, szczególnie w wersji winylowej. Więcej o nowym dziele Hexvessel przeczytacie tutaj.

 

thy-worshiper-klechdy7.Thy Worshiper – Klechdy

Thy Worshiper jeszcze jakiś czas temu mógł kojarzyć się z brzmieniem metalowej przeszłości – zespołem, który popełnił kiedyś legendarny Popiół (Introibo ad Altare Dei). Klechdy pokazują, że formacja ma jeszcze dużo do powiedzenia na rodzimej scenie. Dwie płyty składające się na wydawnictwo wypełniono graniem nawiązującym do rodzimej ludowości. Polano to wszystko metalowym riffowaniem. Charczący głos pojawia się naprzemiennie z czystą wokalizą Anny – prawdziwego diamentu tego krążka. Odsłuch takich nagrań jak rytmiczny Halny przekonuje jak dobrze zespół czuje się pływając w tym sosie. Co ważne – brak na Klechdach jakichkolwiek tanich „folk-metalowych” chwytów.

 

wardruna-runalijod-ragnarok6.Wardruna – Runalijod – Ragnarök

Einar Selvik kontynuuje swoją runiczną opowieść. Runalijod – Ragnarök to najbardziej kameralny krążek Wardruny, mimo niemałego rozmachu instrumentarium, a także wykorzystania dziecięcego chóru (robi ogromne wrażenie w nagraniu Odal). Wydana w zeszłym roku płyta ma oblicze dosyć mroczne, nie przypadkiem na okładce królują ciemniejsze barwy. W końcu Ragnarök jest skandynawskim zmierzchem bogów, zagładą, po której narodzi się jednak nowy świat.

 

oathbreaker-rheia5.Oathbreaker – Rheia

Oathbreaker zaczynał od konkretnego crust/blackowego uderzenia za sprawą debiutanckiego Mælstrøm. Trzeci album Belgów zatytułowany Rheia pokazuje nam zespół dojrzalszy, mający znacznie większe ambicje. Delikatność miesza się z przewodzoną blastami agresją. Kontrasty napotkamy w sposobie śpiewania Caro Tanghe. Wokalistka potrafi zaintonować delikatnie, choć odrobinę neurotycznie (w czystych partiach przypomina trochę Julie Christmas), a następnie wyrzucić z przepony ryk, który może nabawić kompleksów niejednego męskiego gardłowego. Nowe dziecko Oathbreaker to jak dla mnie najmniej oczywisty materiał w ciężkim graniu w 2016 roku, czym dobrze się wyróżnia na tle wielu dobrych, niestety przewidywalnych jednocześnie płyt.

 

savages-adore-life4. Savages – Adore Life

Już debiut Savages świadczył, że o zespole usłyszymy jeszcze nie raz. Tymczasem drugi album czterech szalonych dziewczyn zasadza słuchaczowi prawdziwego rockowego kopa prosto w szczękę. Adore Life wykorzystuje wszystko co najlepsze w historii post-punka, a już szczególnie jego energię. Dodatkowo Jehnny Beth to chyba jakaś zaginiona, młodsza siostra Siouxie Sioux. Nie ma jednak mowy o bezczelnym naśladownictwie – panie grają swoją muzykę autentycznie i po swojemu. Bardzo ważna pozycja w ubiegłorocznej alternatywie.

 

david-bowie-blackstar3. David Bowie – Blackstar

Emocje z początku roku 2016 roku nadal są żywe. 8 stycznia, w urodziny artysty, ukazał się następca The Next Day. Mówiło się wtedy o wspaniałej formie niemłodego już przecież legendarnego muzyka, której mógłby pozazdrościć mu niejeden młokos. Rozprawiano o tym przez dwa dni, bo 10 stycznia dowiedzieliśmy się o śmierci Bowiego, a Blackstar został ogłoszony pożegnalnym prezentem dla słuchaczy Davida. Teraz możemy na chłodno ocenić ten album. I bardzo szybko dojść do wniosku, że obcujemy z jednym z ważniejszych dzieł Bowiego. Sporo tu nawiązań do berlińskiej przeszłości, a jednocześnie jest innowacyjnie, w czym dużą zasługę mają jazzowi muzycy zaproszeni do grania rockowych utworów. Poszczególne nagrania potwierdzają klasę artysty, który przecież w czasie ich tworzenia już dawno nie musiał niczego nikomu udowadniać.

 

neurosis-fires-within-fires2.Neurosis – Fires Within Fires

Nowy album Neurosis nie odkrywa co prawda Ameryki, ale nadal czerpie wszystko co najlepsze z wypracowanego przez zespół wyjątkowego stylu. Fires Within Fires to sludge’owy ciężar mocarnych riffów (od kilku płyt gitary nie ciągnęły tak mocno ku ziemi), wypełniony plemienną atmosferą. Przynosi klimat surowego pustkowia, niebezpiecznego, ale i będącego schronieniem od dobrze znanej rzeczywistości. Płyta jest jak na standardy Neurosis dosyć krótka, bo zawierająca wyłącznie 40 minut muzyki i to powstałej dosyć spontanicznie. Te pięć utworów szybko mnie wciągnęło i wciąż nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdyby nie fakt, że płyta nie wprowadza niczego nowego do dobrze znanego świata Neurosis, wylądowałaby na miejscu pierwszym. Zaszczytne drugie jak najbardziej się grupie należy.

 

swans-the-glowing-man1. Swans – The Glowing Man

Lider Łabędzi Michael Gira postanowił rozwiązać zespół w obecnym kształcie pozbywając się regularnego składu, z którym nagrał dotychczas cztery niezapomniane albumy. Zwieńczeniem ostatniego wcielenia Swans miał być właśnie The Glowing Man. Jaka jest ta płyta? Mogę śmiało napisać, że najlepsza ze wszystkich wydanych po reaktywacji w 2010 roku, a może nawet w całej długiej karierze formacji. Muzyka na niej zawarta nie ma granic – utwory są długie, dwa z nich trwa ponad 20 minut, a tytułowe nagranie prawie pół godziny. Atmosfera jest budowana nieśpiesznie, dźwięki wydają się jak na Swans łatwiejsze w odbiorze. Gira wygłasza swoje wokalne inkantacje niczym kapłan w całym tym misterium. Króluje mocny rytm za sprawą wbjającej się w umysłowe trzewia perkusji. Kiedy trzeba zespół rozpędza się niczym dobrze naoliwiona machina, a słuchaczowi wypada podkręcić volume i obcować z tym fantasycznym dziełem wielokrotnie. Utwór The Glowing Man to chyba najlepsza kompozycja zasłyszana przeze mnie w ubiegłym roku. To już jest muzyczny obrzęd religijny, prawdziwy trans. Tym samym, podobnie jak w podsumowaniu roku 2014, pierwsze miejsce wędruje do Łabędzi. Ale czy może być inaczej, gdy nagrywa się TAKIE albumy? Czapki z głów.

 

Michał Raś