Paradise Lost – Medusa

Wrz - 25 2017 | By

Brytyjski Paradise Lost to bezsprzecznie legenda klimatycznego metalu. Trudno wyobrazić sobie metalową mapę lat dziewięćdziesiątych bez wskazującego kierunek licznym naśladowcom zespołu z Halifax. Synth-popowy okres formacja ma już dawno za sobą, a ostatnia dekada przyniosła kilka potężnie brzmiących albumów. Powrót do grania w stylu najpopularniejszych płyt Icon oraz Draconian Times najwyraźniej Nickowi Holmesowi i Gregowi Mackintoshowi nie wystarczył. Poprzednia płyta The Plaque Within po raz pierwszy od wielu lat znowu zawierała growle.  Znalazła się tam również kompozycja będącą kluczem do najnowszego dziecka Anglików zatytułowana Beneath Broken Earth. Granie tego potężnego walca dało muzykom tyle posępnej radości, że postanowili nagrać longplay w całości oparty na powolnych, doom/deathowych tempach.

Medusa w podstawowej wersji trwa wyłącznie czterdzieści dwie minuty z małym hakiem. Wydaje się to mało, ale kiedy zapoznamy się z całością to czas trwania albumu stanie się wystarczający. Tempo większości nagrań jest powolne, a brzmienie mocarnie ciężkie, uzupełnione przesterowanym basem Stephena Edmondsona. Nick prawie zupełnie porzucił czysty wokal na rzecz wpasowanych w rytm growli, jakby usprawionych w stosunku do poprzedniej płyty (praktyka w roli gardłowego Bloodbath widać zrobiła swoje). Utwory są często długie i wielowątkowe – mamy zatem powrót do "długasów" z okresu trzeciego albumu Shades of God. Widać to szczególnie w otwierającym longplay,    jednocześnie jednym z najciekawszych w zestawie Fearless Sky. Spokojna, ale wzbudzająca niepokój klawiszowa partia, przechodzi w doomowy ciężar, pełen growlu, ciężkiego riffowania i zawodzących solówek niezastąpionego Mackintosha. W drugiej połowie napotkamy przyśpieszenie, pojawia się czysty głos Nicka. Pod koniec ciarki przechodzą po grzbiecie słuchającego. Staje się jasne, że mamy do czynienia z muzyczną perłą, przy tym swoistą prezentacją stylu zespołu w pigułce.

Kolejne dwa utwory stawiają wyłącznie na growl – w tym miejscu niektórzy sympatycy zespołu mogą zatęsknić za przebojowym materiałem z wielu poprzednich płyt. Szczęśliwie ja do nich nie należę, choć docenienie takich utworów jak Gods of Ancient, From the Gallows  czy też No Passage for the Dead zajęło mi więcej czasu. Melodia wraca w świetnej, tytułowej Medusie. Szybsze, zwarte granie odnajdziemy w singlowym Blood & Chaos, intrygującym charakterystycznym uzupełnianiem się gitar Aarona Aedy i Grega Mackintosha. Album zamyka potężne, znów jak na Paradise Lost dłuższe, Until the Grave. Niektóre wydania albumu uzupełniono dodatkowo o lżejsze, stawiające na chwytliwość utwory Shrines oraz Symbolic Virtue. Nie ogołocone w pełni z growli opierają się na melodii czystego wokalu Holmesa.

Warto odnotować wspaniałą okładkę płyty, utrzymaną w stylu retro, przedstawiającą jedną z trzech Gorgon – tytułową Medusę. To własnie wokół jej symboliki kręci się tematyka utworów. W lirykach nie zabraknie innych, typowo religijnych odwołań, będących główną inspiracją wokalisty.

Medusa po raz kolejny potwierdza powrót do bardzo dobrej formy smutnych Brytyjczyków. Słucham tej płyty z większą przyjemnością niż poprzedniczki, która nie była pozbawiona nijakich fragmentów. Zdaję sobie sprawę, że ciężar większości utworów odrzuci niektórych słuchaczy kojarzących zespół głównie z rockowo-metalowego Draconian Times. Ciekawe w jaką stronę ruszy w przyszłości rajski okręt – czy w dalsze odmęty doomowej potęgi, czy też powróci do większego nagromadzenia przebojowości? Czas pokaże, a póki co cieszmy się kolejnym znakomitym krążkiem Paradise Lost.

9/10

Michał Raś