Messa – Feast for Water

Sie - 20 2018 | By

Stonowane dźwięki, przelewająca się woda, niepokojące, narastające brzęczenie. Muzyczna burza szybko ulegająca delikatnym partiom instrumentów i subtelnemu kobiecemu głosowi. W tym miejscu możemy spodziewać się wszystkiego, a najbardziej chyba folku, ambientu, może drone'u. Uderzenie perkusji przynosi znowuż retro doomową kanonadę. Tak zaczyna się drugi album włoskiej formacji Messa zatytułowany Feast for Water – jeden z najciekawszych krążków ostatnich lat w dziedzinie psychodelicznego doom metalu.

Granie tego typu okres świetności ma już dawno za sobą i wydawać by się mogło, że nic odkrywczego w jego ramach stworzyć nie można. Zespół pochodzący z niedużej miejscowości o wdzięcznej nazwie Cittadella nie zamierza mimo wszystko odkrywać nowych lądów. Zamiast tego miesza ze sobą skrajnie zróżnicowane muzyczne inspiracje. Na Feast for Water znajdziemy zatem elementy dark jazzu w stylu Bohren & der Club of Gore, drone'owy brud oraz partie zahaczające z jednej strony o hard rock, a z drugiej o ekstremalny metal.

Jak wiadomo niejeden artysta próbował przyrządzić wielogatunkowy gulasz, który ostatecznie prowadził co najwyżej do niestrawności. Muzycy Messy trzymają wszakże swoją dźwiękową mieszankę na wodzy, stopniując napięcie od pierwszej minuty do ostatniej. Siła Feast for Water tkwi bowiem w oszczędności. Dotyczy to przede wszystkim jazzowych elementów stanowiących efektowny smaczek. Najwięcej ich znajdziemy w utworze She Knows, gdzie panuje delikatne pianino, subtelny głos Sary oraz leniwa perkusja. Kłania się Angelo Badalamenti i wszyscy jego późniejsi naśladowcy. Za chwilę jednak zostaniemy przytłoczeni mocnym, doomowym refrenem. To jeszcze nie koniec szaleńst – utwór płynnie przechodzi w dynamiczną kompozycję Tulsi pełną rozedrganych solówek, sabbathowych riffów i perkusyjnych blastów. Wokalistka, która chwilę wcześniej czarowała lekkością, tym razem uderza w wysokie, dostojne tony niczym mroczna kapłanka. Pod koniec utwór zaskakuje rasową partią saksofonu. Dwa wymienione utwory to zdecydowanie mój ulubiony fragment płyty. W tym miejscu warto także wyróżnić singlowe nagranie Leah oraz potężny The Seer. Krążek wieńczy z kolei transfowa, instrumentalna kompozycja Da tariki tariqat, w której powraca instrument dęty. Perkusyjne partie mogą przywodzić na myśl plemienną wrażliwość Neurosis albo Swans.

Należy pochwalić włoski kwartet za pomysłowość i wysokie umiejętności kompozytorskie. Instrumentalnie również jest bez zarzutu – sekcja rytmiczna zaraża dynamiką dzięki czemu ani przez moment nie będziemy się nudzić. Gitarzysta Alberto świetnie odnajduje się w różnorodnych partiach, chociaż doomowych riffów mamy na Feast for Water najwięcej. Sara może nie jest wybitną wokalistką – śpiewa dosyć jednostajnie i jakby zamyka się w swojej strefie wokalnego komfortu (warto odnotować, że przed Messą frontmanka grupu nie miała do czynienia z czystym wokalem). Wyróżnia się jednak sporą charyzmą, a gdy płynnie przechodzi od spokojnych partii do prawie krzyku, możemy poczuć ciarki na grzbiecie. Głos wokalistki pełen jest muzycznej pasji, przypominając nieco Anneke van Giersbergen ze złotego okresu albumu Mandylion. Swoją drogą jakiś element magii legendarnego krążka The Gathering udało mi się wyczuć w nowych utworach włoskiej grupy.

Po 49 minutach spędzonych z Messą pozostajemy z małym uczuciem niedosytu. Nie uważam tego za wadę – grupa nie odkrywa przed nami wszystkich kart, unikając niepotrzebnych wypełniaczy, dzięki czemu utrzymuje równy poziom całości materiału. Debiutancki krążek zespołu (Belfry z 2016 roku) ukazywał spory potencjał, nie do końca jeszcze wtedy wykorzystany. Wraz z wydaniem Feast for Water doszło do narodzin silnego gracza na doom metalowej scenie.

Michał Raś