Marillion – F.E.A.R. (Fuck Everyone And Run)

Wrz - 08 2016 | By

Marillion - F E A RNowy studyjny krążek Marillion okazał się nie lada wyzwaniem. W przeciwieństwie do stosunkowo szybko wpadających w ucho kompozycji z poprzednika Sounds That Can't Be Made pięć utworów zamieszczonych na F.E.A.R. wymaga dokładnego wgryzienia się w zawartość muzyczną. Zapomnijcie o przebojach w rodzaju Don't Hurt Yourself czy Paper Lies, o takim Easter nie wspominając. Przygotujcie się na dźwiękowy minimalizm podporządkowany wizji artystycznej, w której poszczególne instrumenty wygrywają oszczędne partie, niezbędnę by tę wizję zrealizować.

Ostatnie dzieło progresywnych weteranów to nie jest płyta do słychania w biegu. Należałoby się zatrzymać i poświęcić pełnię uwagi nutom płynącym z głośników. F.E.A.R. ma w sobie pewien ambientowy pierwiastek podobnie jak niegdyś Brave. W przeciwieństwie jednak do trzeciej płyty ze Steve'em Hogarthem na pokładzie opisywane dzieło jest zupełnie pozbawione szybszych, przebojowych momentów. Brytyjczycy stawiają na pewną jednostajność kręcącą się wokół wybijanego przez Iana Mosleya leniwego rytmu. Królują klawisze, a gitara, chociaż brzmi jak zawsze pięknie, to jednak prezentuje nam oszczędne partie. Fani mistrza Rothery'ego muszą mu wybaczyć minimalizm. Jedynie bas Pete'a Trewavasa serwuje standardową dla niego dawkę energii.

Zasada "mniej znaczy więcej" jest w przypadku F.E.A.R. w pełni uzasadniona. Utwory, które początkowo wydawały się nijakie nabierają z każdym odsłuchem rumieńców, a słuchacz odkrywa głębię albumu warstwa po warstwie. Nad całością króluje głos Steve'a Hogartha, który staje się prawdziwym mistrzem ceremonii, ukazując w pełni bogactwo swoich wokalnych umiejętności zaprawionych równie wielką wrażliwością. Jeśli kogoś już wcześniej pan H. do siebie nie przekonał, wysłuchanie F.E.A.R. jedynie utwierdzi go w niechęci. Pozostali, którzy delektowali się majestatem Brave czy takich utworów jak Interior Lulu albo The Invisible Man będą zachwyceni.

Longplay otwiera, podzielona na pięć części, kompozycja El Dorado. Krótki, akustyczny wstęp Long-shadowed Sun sprawnie przechodzi w jeden z lepszych i jednocześnie najbardziej przebojowych fragmentów w postaci Gold. Przestrzenne partie klawiszy, a następnie zawodzącej gitary momentalnie pokrywają grzbiet ciarkami. Dalej jest jeszcze ciekawiej, kompozycja płynie wraz z Demolished Waves i wreszcie kulminacyjnym F.E.A.R. Na żywo El Dorado prawdpodobnie będzie wulkanem emocji połącznej z nieuchronną gęsią skórką. W dalszej części albumu mamy dwie "pojedyncze" kompozycje: stosunkowo najbardziej piosenkowy utwór Living in Fear oraz nastrojowy White Paper, wyróżniający się emocjonalnym refrenem i trochę zbyt nużącą zwrotką.

Marillion proponuje nam też kolejne dwa długasy. Środek płyty należy do The Leavers, który rozpoczyna się elektronicznym, transowym wstępem i prowadzi nas do głównie klawiszowo-wokalnego oniryzmu, chociaż w cześci zatytułowanej The Jumble of Days Rothery cieszy swoimi przeciąganymi frazami. Z kolei przedostatni na krążku The New Kings to najbardziej zróżnicowana kompozycja z poruszającym tekstem o kondycji zachodniego, demokratycznego świata przesiąkniętego wszechwładzą pieniądza oraz wielkich korporacji. Utwór jest równie dobry jak El Dorado, posiada jeden z nielicznych na F.E.A.R. dynamicznych fragmentów i zyskuje z każdym odsłuchem.

Na koniec grupa serwuje jeszcze wyciszające outro w postaci Tomorrow's New Country. Nie pozostaje nic na przeszkodzie by… odsłuchać premierowy krążek Marillion od początku.

F.E.A.R. na pewno nie jest jakimś przełomowym dziełem Marillion. Stanowi jednak potwierdzenie progresywnej jakości, jaka wciąż drzemie w zespole. Z mojej perspektywy jest to najbardziej intrygujące wydawnictwo formacji od czasu Marbles, skomponowane z głową z pasujących do siebie muzycznych puzzli, czego nie możemy w pełni powiedzieć o wydanym kilka lat temu Sounds That Can't Be Made. Nie jest to jednak płyta oczywista, nastawiona na produkcję hitów, a skierowana do bardziej wymagających fanów. Album zagości w ich odtwarzaczach na długo, pod warunkiem, że akceptują post-rybią wersję Marillion.

8/10

Michał Raś