Major Kong – Galactic Cannibalism

Lis - 23 2015 | By

Major Kong - Galactic CannibalismW 1964 r. ma miejsce premiera filmu Dr. Strangelove w reżyserii Stanleya Kubricka – obrazu satyrycznego ukazującego w krzywym zwierciadle trwającą w najlepsze zimną wojnę. W jednej z najpopularniejszych scen Major T.J. "King" Kong z uśmiechem na twarzy "ujeżdża" bombę atomową. W roku 2010 pewne lubelskie trio postanawia ochrzcić mianem zwariowanego majora nową formację wykonującą instrumentalny doom metal. Szybko okazuje się, że takie nagrania jak The Swamp Altar z debiutanckiej epki Orogenesis stanowią nową jakość w rodzimym ciężkim i powolnym graniu, wzbudzając (choćby na żywo) emocje porównywalne z siłą uderzenia atomówki. Na tronie polskiego doom/stoner metalu niepodzielnie rozpoczyna rządy Belzebong, jednak to własnie Major Kong rywalizuje z również lubelskim Dopelordem o zaszczytne drugie miejsce.

Dziś mamy rok 2015, na tronie zadymionej doomowej zagłady nadal wygodnie zasiada Belzebong, a grupa Major Kong po wydaniu dwóch płyt długogrających powraca do krótszego formatu. EPka Galactic Cannibalism ujrzy światło dzienne 1 grudnia. Zawiera cztery utwory, łącznie blisko 25 minut nowej muzyki. Trio trwa przy formule znanej ze wszystkich poprzednich wydawnictw – mamy zatem wyłącznie instrumentalną, zabarwioną stonerem doomową potęgę. Całość brzmi dość oszczędnie i surowo – nawet obowiązkowe sample ze starych filmów grozy są w wyraźnym odwrocie (właściwie spotykamy takowy jedynie w utworze Diabolic Mind Control, gdzie, sądząc po barwie głosu, słyszymy Vincenta Price'a). Kompozycja otwierająca album zatytułowana Supercluster to nagranie dość żwawe. Słuchając go łapałem się na oczekiwaniu patetycznego wokalu niejakiego Alberta Witchfindera ze śp. Reverend Bizarre. Pod względem czysto muzycznym słychać nić podobieństwa do szybszych fragmentów wychodzących niegdyś spod rąk legendarnego już fińskiego tria. Hard rockowa wycieczka nie trwa zbyt długo, bo już druga kompozycja, czyli wspomniany wyżej Diabolic Mind Control wprowadza nieco gęściejszy nastrój. Opary dymu, hołdujące być może starej "elektryczno-czarodziejskiej" szkole unoszą się na dobre mniej więcej od połowy minialbumu, czyli w utworach Morlock oraz Magnetar. Potężne riffy i mocne partie przesterowanego basu to elementy z jednej strony złowrogie, z drugiej czuć w tych kompozycjach luz i pozytywne kosmiczne odjazdy. Co jakiś czas gitarzysta Misiek uraczy nas piszczącą solówką, by po chwili powrócić do czczenia soczystego riffu. Najlepszy moment EPki to zdecydowanie zamykający całość Magnetar z riffem przywodzącym na myśl ostatnie dokonania Earth.

Ciężar, dobra zabawa i prostota – te słowa cisną mi się pod palce gdy słucham premierowego materiału lubelskiego Majora. Galactic Cannibalism zawiera solidną dawkę podsyconego rock'n'rollem kosmicznego doomu, który doskonale sprawdzi się na koncertach. Słuchanie tych utworów w domowym zaciszu wzbudza mimo wszystko lekki niedosyt. Może zabrakło tutaj hitów w rodzaju The Swamp Altar albo Primordial Gas Cloud z poprzednich wydawnictw? Możliwe też, że formuła w jakiej obraca się Major Kong już niczym nowym nie zaskakuje. Osobiście doradzałbym Panom kilka ostrożnych eksperymentów z brzmieniem. Może warto by było zaryzykować też udział w kolejnych sesjach nagraniowych choćby nawet gościnnego wokalisty? Ostatnia płyta Earth z udziałem Marka Lanegana oraz Rabi Shabeen Qazi potwierdza, że nawet grupie zdeterminowanej by grać głównie instrumentalnie może taki wyjątek od reguły wyjść na dobre. Pomimo tych drobnych uwag Galactic Cannibalism utrzymuje Major Kong w krajowej czołówce. Wypada oczekiwać kolejnych występów Majora, by poczuć na własnej skórze cieżar rock'n'rollowej zagłady.

7/10

Michał Raś