Landberk – Indian Summer

Sie - 02 2014 | By

Indian Summer

W życiu słuchacza rocka progresywnego przychodzi prędzej czy później moment wyboru. Może zatracić się bez reszty w skomplikowanych, pompatycznych strukturach muzycznych poszukując coraz to nowszych kapel do swojej kolekcji. Jest też druga możliwość: ruszenia dalej w kierunku innej, często prostszej muzyki, spokrewnionej mniej lub bardziej ze światem art-rocka. Okazuje się bowiem, że poza Genesis, Marillion, ELP i całym tabunem ich naśladowców też istnieje poruszająca muzyka w mniej skostniałych formach. Podobną drogę przechodzą nierzadko sami wykonawcy, czego przykładem są choćby ostatnie dzieła Jeżozwierzy czy nawet rzeczony Marillion z okresu Anorakophobii.

Wspomniana metamorfoza dotknęła w połowie lat 90tych jednego z głównych przedstawicieli tzw. szwedzkiej sceny art-rocka, czyli zespół Landberk. Wraz z Anektoden stworzyli charakterystyczny styl oparty na karmazynowych partiach mellotronu i brzmień jakby żywcem wyjętych ze złotych art-rockowych czasów. Jednocześnie sporo było tam mroku w dość skandynawskim wydaniu. Po wydaniu dwóch płyt przyszedł czas na dzieło finalne i w nieco innym stylu – Indian Summer z 1996 roku.

Otwierający krążek Humanize nie sugeruje jeszcze poważnych zmian w brzmieniu, podobnie rzecz się ma z następującym po nim, dziewięciominutowym All Around Me. Już od początku towarzyszą nam przy tym dźwięki spokojne i stonowane, różne od tego, co można było usłyszeć na wydanym dwa lata wcześniej One Man Tell's Another. Od numeru trzeciego (1st of May) mamy do czynienia głównie z krótkimi utworami pełnymi chwytliwych, prawie popowych melodii. Co ciekawe grupa cały czas brzmi jak Landberk – mellotron oraz charakterystyczny, rozmarzony głos i gitary nie opuszczają nas ani na moment. To wydaje mi się najbardziej urzekające na Indian Summer. Płyta brzmi poniekąd jak materiał pop-rockowy zagrany przez rasowych art-rockowców. Nie ma w tym żadnego dysonansu, wszystko wydaje się logicznie wypływać z naturalnego rozwoju zespołu.

Indiańskie lato nie jest na pewno płytą wybitną. Może nawet sprawiać wrażenie swoistego the best of, chociaż zgrabnie skompilowanego. Posiada jednak kompozycje najlepsze w karierze zespołu. Art-rockowe korzenie są mocno słyszalne, jednocześnie płyta ujmuje prostotą. Słychać luźniejsze podejście do grania, jakby panowie wpuścili sporo powietrza do skostniałego progresywnego świata. Niestety jest to ostatnie dzieło w dorobku Szwedów. Niedługo po jego wydaniu grupa rozpadła się, a gitarzysta Reine Fiske oraz basista Stefan Dimle dołączyli do zespołu Paatos, z którym nagrali m.in. rewelacyjny debiut Timeloss. Z nowym składem podążyli dalszą ścieżką rozwoju inspirując się trip-hopem i szeroko pojętą elektroniką…

Michał Raś