Katatonia – The Fall Of Hearts

Maj - 30 2016 | By

Katatonia

Poszczególnym numerom płyt przydaje się różne znaczenie. Mówi się, że debiut to przekroczenie Rubikonu, zebranie w jedną całość dotychczasowych doświadczeń muzycznych. Znane jest też zjawisko "syndromu drugiej płyty" będącej sprawdzianem artystycznego utrzymania na powierzchni muzycznego biznesu. Co jednak możemy powiedzieć o dziesiątym albumie? Na pewno o ważnym jubileuszu, podsumowaniu wieloletniego dorobku fonograficznego. Takim swoistym rozliczeniem uraczyła nas w tym roku Katatonia wydając The Fall of Hearts.

Pierwszy rzut oka na niezwykle nastrojową grafikę zdobiącą okładkę płyty wykonaną przez stałego współpracownika zespołu, Travisa Smitha, a następnie wstępny kontakt z płynącymi z głośników dźwiękami nie pozostawiają złudzeń. Katatonia to zespół doświadczony, doskonale odnajdujący się w meandrach depresyjnego rockowo-metalowego grania. Przede wszystkim jednak Szwedzi wiedzą w jaki sposób trafić w gusta swojej publiczności. Nie jest to bynajmniej zarzut "grania pod publiczkę", chociaż The Fall of Hearts to pierwszy od dobrej dekady album formacji tak dobrze wyważający proporcje pomiędzy mięsistymi riffami, wpadającymi w ucho mrocznymi melodiami i balladową melancholią.

Ciężaru jest tutaj jakby więcej niż na Dead End KingsNight is the New Day – wystarczy zwrócić uwagę na pracę gitar w Passer, Sanction czy w wybitnie opethowym Serac. Nieśmiałe eksperymenty z elektroniką poszły z kolei w odstawkę na rzecz klasycznego, także dla rocka progresywnego instrumentarium. Należy pochwalić zespół za bardzo udane wykorzystanie klawiszy tworzących w dużej mierze nastrój longplaya. Utwory są rozbudowane i ta wielowątkowość skłania do odnajdywania art-rockowych drogowskazów (przywodząc przy okazji po raz kolejny skojarzenia z ostatnimi dokonaniami zaprzyjaźnionej grupy Mikaela Åkerfeldta). Jonas Renkse po tylu latach coraz lepiej czuje się za mikrofonem, nareszcie w pełni wykorzystując potencjał swojego melancholijnego głosu. Podobnie jak na Dead End Kings spotykamy na The Fall of Hearts porcję najlepszych linii wokalnych w historii formacji.

Czas wyróżnić kilka nagrań z tego blisko 70-minutowego, ale bynajmniej nie nużącego kolosa. Moim faworytem pozostaje pierwszy na płycie Takeover. Eteryczne melodie przebijają się poprzez niesamowicie zapadające w pamięć riffy, kreując niepokojący nastrój. Te elementy w połączeniu z klawiszami stanowią najlepszą wizytówkę The Fall of Hearts. Z sennego otępienia, do którego może prowadzić kilka kolejnych kompozycji wybudza nas Sanction wypełniony dodatkowymi instrumentami perksusyjnymi. Konkretną dawkę mocy poczujemy przy The Night SubscriberPasser. Spokojniejsze utwory stanowią nieco słabszą część płyty, nie można jednak odmówić uroku łagodnemu Shifts z zatrważającym dźwiękiem syreny w tle w pewnym momencie wchodzącemu w mariaż z melotronem. W podobny sposób Szwedzi budują nastrój w chronologicznie czwartym na krążku utworze Decima.

The Fall of Hearts jest niezwykle bogato zaaranżowanym materiałem. Warto słuchać albumu z uwagą, najlepiej ze słuchawkami na uszach. Tylko wtedy odkryjemy pełną obfitość nowego dzieła Katatonii. Pomimo swojego uwielbienia dla brudnego, deszczowego brzmienia Brave Murder DayDiscouraged Ones jestem zdania, że klarowna produkcja służy temu longplayowi. W przeciwieństwie do płyt od The Great Cold Distance wzwyż na The Fall of Hearts nie znajdziemy nagrań nijakich. Czy mogło być lepiej? Mogło, zwłaszcza gdyby na płycie znalazło się więcej dynamicznych, cięższych utworów będących ewidentną siłą krążka. Nie zmienia to faktu, że Katatonia nagrała bardzo dobry album, który już teraz możemy nazwać jednym z najlepszych w tym roku.

8/10

Michał Raś