Electric Wizard – Time to Die

Paź - 12 2014 | By

Time to Die

„Kultowość” Electric Wizard to zjawisko, nad którym nie trzeba się specjalnie rozwodzić. Dość powiedzieć, że kapela Jus’a Oborne’a jest jednym z pierwszych, wyrazistych doom/stonerowych tworów jakie pojawiły się na tym padole.  Czarodziej zyskał przez lata wielu naśladowców, jednak trudno dorównać mu ciężarem, klimatem horroru i mrocznego rytuału (niezależnie od ilości wypalonego przez ich epigonów zielska). Wraz z odejściem Marka Greening’aTima Bagshaw’a potęga powalącego riffu trochę zelżała i Wizard przesunął się w kierunku nieco bardziej melodyjnym. Najnowsza produkcja o rozkosznym tytule Time to Die miała być powrotem do potężnych brzmień, czego potwierdzeniem stał się Greening ponownie goszczący za zestawem perkusyjnym.


Wszyscy wiemy jak to z zapowiadanymi powrotami bywa – trudno przypuszczać, aby zespół powtórzył sukces Come my Fanatics…Dopethrone. Nowe dzieło EW brzmi raczej jak kompromis pomiędzy wyraźnym wzmocnieniem brzmienia, a melodyjnością Black Masses, uznawanego przez Justina za wręcz "popowy" album grupy. Można Time to Die określić jako nieślubne dziecko Czarnych Mszy oraz cieżkiego, rozmytego soundu Let Us Pray, ostatniej płyty nagranej przez Wizard jako trio. Podobnie jak to wspomniane dzieło, mamy do czynienia ze zwartą całością, dźwiękową otchłanią, z której wynurzają się kolejne ciężkie jak walec partie gitary i basu. Całość wieńczy zdyscyplinowana, charakterystyczna perkusja (Greening to chyba najbardziej utalentowany pałker w doom metalu) oraz wydobywający się gdzieś z oddali głos Justina. Jego czysty wokal jak zawsze nadaje demoniczny ton, przesiąknięty rytualnym złem niczym blackmetalowy wyziew podany jednakże z iście rock’n’rollową nutą.


Album rozpoczynają dźwięki siąpiącego deszczu, by przejść w złowrogą hammondową klamrę, która przewija się jeszcze raz w połowie albumu (krótki, acz niesamowicie nastrojowy Destroy Those Who Love God) oraz na końcu w podsumowującym Saturn Dethroned. Partie klawiszy to spory plus tego wydawnictwa. Wzbogacają, ale nie dominują surowego materiału. Ta charakterystyczna oszczędność jest słyszalna w każdym numerze. Czarodziej nigdy nie stawiał na fajerwerki, wyraziste motywy. Kapela przyciąga niepowtarzalnym nastrojem, przesterem i płycie bliżej do mrocznego soundtracku dla fimu grozy, niż zestawu stonerowo-doomowych piosenek. Główne danie składa się z utworów długich, z przetaczającymi się po słuchaczu powtarzalnymi motywami (wypuszczony przed premierą I Am Nothing, tytułowy Time to Die albo We Love the Dead). Nieco żywiej robi się w krótszych kawalkach takich jak SadioWitch czy Funeral of Your Mind, gdzie wybijają się na prowadzenie melodyjne partie. Słychać w nich wyraźne echo poprzedniej płyty Czarodziejów.

Najnowsza pozycja Electric Wizard jest podróżą po dobrze znanych od lat terytoriach. Ponownie obserwujemy ten sam horror, którego fani będą wniebowzięci i nie oczekują niczego więcej po kapeli Justina. Przesunięty na „swoje” miejsce środek ciężkości może jedynie na powrót przyciągnąć ortodoksyjnych zwolenników pierwszych trzech płyt zespołu. Słuchaczy doom metalu, dla których dźwięki Czarodzieja są zbyt ekstremalne raczej Time to Die nie przekona. Album jest kierowany do specyficznego odbiorcy, czującego "to coś", co wzbudza trudne do opisania niesamowite uczucia. Były one obecne od początku istnienia zespołu, a na tym krążku są bardziej namacalne niż w przypadku kilku poprzednich longplayów.

Michał Raś