Conan + Major Kong, Czerń – Wrocław, Firlej, 6.10.2018 r.

Paź - 11 2018 | By

Jesienny urodzaj koncertowy nie ominął dźwięków doom / stonerowych. Na dwa występy przyjechał do Polski brytyjski Conan, któremu supportu udzieliły krajowe załogi Major Kong oraz Czerń. Wydarzenia te miały miejsce 6 października we wrocławskim Firleju oraz dzień później w warszawskim Pogłosie. Miałem okazję odwiedzić dolnośląską stolicę by uczestniczyć w sobotnim koncercie. Opis wrażeń znajdziecie poniżej.

Wieczorny zestaw rozpoczął warszawski Czerń. Grupa działa od kilku lat, ale na jej dorobek wydawniczy składają się póki co dwa krążki: Nie ze skały, a ze strachu z 2014 roku oraz wydany rok później split z formacją Kaldera. We Wrocławiu zespół prezentował materiał z dopiero nadchodzącej płyty. Ze wszystkich trzech kapel muzykę Czerń najtrudniej scharakteryzować – mamy tam elementy doom metalu, blacku czy też hardcore'a z tekstami w polskim języku. Był to dobry otwieracz na rozruszanie, chociaż publiczność w czasie występu warszawiaków nie była jeszcze zbyt liczna. Muzycy zagrali solidnie i dobrze brzmieli, z wyjątkiem może słabo nagłośnionego basisty.

Punktualnie z rozpiską miejsce na scenie zajęło trio Major Kong, od lat specjalizujące się w instrumentalnym stoner / doom metalu. Po dusznym nastroju kreowanym przez Czerń przyszedł czas na rock'n'roll i dobrą zabawę, ale także pewną transowość. Zespołowi należy się szacunek za trwanie przy swoim i nie zatrudnianie wokalistów, nawet w charakterze gościa. Ma to swoje zalety i kilka wad (wspominałem o tym również przy okazji recenzji epki Galactic Cannibalismklik). Obecnie grupa promuję album Brace for Impact z ubiegłego roku, który, podobnie jak wszystkie poprzednie wydawnictwa, stanowi świetny punkt wyjścia do grania energetycznych koncertów.

Dzięki Major Kong można było z nawiązką nadrobić niedosyt brzmienia basu. Na prowadzenie wybijał się ekspresyjny Dominik Stachyra grający na tym instrumencie. Stojący po jego prawicy gitarzysta Michał Skuła preferował bardziej statyczną prezencję sceniczną, jego partiom nie można jednak było odmówić temperamentu, podobnie jak perkusyjnym uderzeniom Pawła Zmarlaka. Występ majora był stonerowy, hard rockowy, nastawiony bardziej na luz niż przytłaczanie ciężarem.

Na występ gwiazdy wieczoru, wykonującej jak członkowie grupy sami określają "caveman battle doom", czekałem ze sporą ekscytacją. Tegoroczny longplay Existential Void Guardian to bardzo solidne i zrównoważone wydawnictwo (więcej przeczytacie w recenzji pod tym linkiem). Conan zaprezentował się w składzie znanym z ostatniej płyty – na głównym wokalu i gitarze Jon Davis, bas i drugi głos należał do Chrisa Fieldinga, z kolei za bębnami zasiadł najmłodszy stażem w zespole Johnny King. Znając studyjne dokonania Conan spodziewałem się dojmującego ciężaru oraz wyrywającego trzewia basu. Grupa była jednak nagłośniona stosunkowo cicho. Zaletą była przejrzystość brzmenia, ale tego typu granie wymaga solidniejszego wykopu ze sceny. Z czasem proporcje uległy poprawie, mimo to gitarze Jona przydałoby się dodać więcej mocy.

Te drobne mankamenty nadrobiła setlista. Usłyszeliśmy znane z najnowszego albumu Prosper on the Path, Eye to Eye to Eye, a także singlowy Volt Thrower, który doskolane sprawdził się w roli metalowego hitu. Solidnych wrażeń dostarczyła moja ulubiona kompozycja z Existential…, czyli Vexxagon z błyskotliwym perkusyjnym rzemiosłem Kinga. Pojawiły się też starsze utwory z albumów Revengeance oraz Blood Eagle, a także jeden z gwoździ programu – potężny Satsumo z kultowej epki Horseback Battle Hammer. Set zamykał minutowy, grind core'owy numer Paincantaition. Godzina grania, bez żadnych bisów – dokładnie tyle wystarczyło by zasiać zniszczenie w klubie Firlej. Podobnie jak na płytach dobrą robotę zrobił wokalny dwugłos w postaci wysokiego krzyku Davisa i niskiego growlu Fieldinga. Na płytach Conan oprócz ciężkiego brzmienia istotny jest klimat mrocznego heroic fantasy. W realiach koncertowych nie czujemy go tak bardzo, skupiamy się za to na organicznej mocy płynącej ze sceny.

Na koniec warto pochwalić organizatora i ekipy wszystkich trzech formacji za brak jakiejkolwiek obsuwy podczas sobotniego wieczoru. Lubiący zakupowe łowy także powinni być zadowoleni – merch był wypełniony koszulkami i bluzami o intrygujących nadrukach, a także płytami CD i winylami. Przerwy między występami mogliśmy spędzić w sali barowej utrzymanej w planszówkowo-popkulturowym nastroju. Pomimo soboty klub nie pękał w szwach – pokazuje to, że choć muzyka około stonerowa staje się coraz bardziej popularna, to jednak wciąż należy do dalekiej od mainstreamu niszy.

Październikowy wieczór we Wrocławiu uważam za udany. Jeśli w swoim bitewnym szale zespół Jona Davisa jeszcze do nas powróci, to z chęcią zajmę swoje miejsce pod sceną. 

Michał Raś