Vallenfyre – Splinters

vallenfyreWieść, że lider i solowy gitarzysta brytyjskiego Paradise Lost wydaje płytę ze swoim pobocznym projektem natychmiastowo wywołała u mnie sporą ciekawość.  Po pierwsze Greg Mackintosh nigdy w czasie swojej długiej kariery nie bawił się w tego typu skoki w bok. Po drugie (i chyba ważniejsze) gitarowe partie tego pana to prawdziwa marka i głęboka jakość. Każdy kto kiedykolwiek słyszał choć jedną płytę Raju Utraconego wie o tym doskonale. Wydany w 2011 roku debiutancki krążek jego nowego zespołu Vallenfyre zatytułowany A Fragile King był dziełem brutalnym, hołdującym najlepszym kapelom z przełomu lat 80/90 w kategorii death i doom metal. Nasz bohater wylał na niego całą agresje i siedzącą w nim wtedy gorycz (płyta powstała tuż po śmierci ojca muzyka). Z drugiej strony złożył należny ukłon kapelom, które inspirowały go na początku swojej muzycznej drogi. Okazało się, że Vallenfyre nie jest projektem jednorazowym – 21 maja roku 2014 na świat wypuszczono kolejne dzieło zespołu ochrzczone mianem Splinters.

Czytaj dalej

Rush – Grace Under Pressure

Muzyka Rush nigdy nie należała do moich faworytów, a przynajmniej tak było na początku muzycznej drogi z Kanadyjczykami. Zetknięcie z najwyżej cenionymi w progresywnym światku albumami Moving Pictures, 2112 czy Hemispheres przyniosło pozytywne dźwiękowe doznania. Nie były to jednak uderzenia przyprawiające o szczególnie szybkie bicie serca, ot klasyka, którą znać i szanować należy. Jak się jednak okazało oprócz tych najtrwalej zapisanych w rockowych annałach dzieł kanadyjskie trio ma w swojej dyskografii poukrywane prawdziwe perełki. Jedną z najjaśniejszych jest Grace Under Pressure z roku 1984. Ale po kolei.

Chyba w całej karierze Rush tytuł tak dobrze nie odzwierciedlał całości dzieła. Jest w tej muzyce szlachetność, gracja, piękno schowane pod płaszczykiem pewnej duszności, kreowanej niewątpliwie przez surowy styl muzyczny i brzmienie dekady. Liryki Neila Parta także nie opowiadają o wesołych sprawach. Rozpacz po nagłej utracie bliskiej osoby w być może najbardziej zgrabnym numerze Afterimage, wspomnienie piekła Holocaustu (w obozie Bergen-Belsen przebywała matka wokalisty, Geddy’ego Lee), którego dotyczy Red Sector A, czy wreszcie bardziej uniwersalne teksty o zmaganiach dnia codziennego posiadają w sobie dawkę melancholii. Jednocześnie jest w nich mocny zastrzyk pasji i nadziei, tytułowej łaski. Słowa są istotną część albumu i stanowią o jego sile. Muzycznie bowiem Grace Under Pressure jest w prostej linii kontynuacją albumu Signals, jednak koncept opisywanego dzieła odróżnia go znacznie na tle wydanego dwa lata wcześniej nieco bezbarwnego materiału.

Czytaj dalej

Mark Lanegan Band – Blues Funeral

Blues FuneralTen głos znają wszyscy, nawet jeśli nie zawsze kojarzą jego właściciela. Mark Lanegan, bo o  nim mowa jest prawdziwą szarą eminencją amerykańskiej alternatywy. Niegdyś dzierżył mikrofon w  grunge’owym Screaming Trees by w międzyczasie raczyć nas solowymi dziełami. Słychać go na płytach Queens of the Stone Age, gdzie w sumie zawsze pozostawał bohaterem drugiego planu. Kto jednak nie kojarzy Hangin’ Tree? Pojawił się też na albumie supergrupy Mad Season śpiewając w duecie z Laynem Staleyem w przepięknym Long Gone Day. Charakterystyczny, zachrypnięty wokal na stałe zagościł w  rockowej historii, mimo, że zawsze w połączeniu z tzw. „wielkimi” sceny.

 Długo kazał czekać na kolejny solowy album. Poprzednia płyta Bubblegum wydana tuż po odejściu z  Queensów odbiła się pewnym echem i często traktowana jest jako największe solowe dzieło Marka. Musiało jednak minąć długie 8 lat by wokalista postanowił wypuścić kolejny materiał sygnowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Zawartość Blues Funeral może niejednego zaskoczyć.

Czytaj dalej

Black Sabbath – Vol. 4

Vol. 4

Poprzez swoje trzy pierwsze albumy grupa Black Sabbath ostatecznie wypracowała własne brzmienie i styl, na zawsze już wpisując się w historię rocka i metalu. Od grającego prostą muzykę zespołu szukających dla siebie zajęcia chłopaków z Birmingham, Sabbs przekształcili się w pierwszoligową hard rockową grupę z rzeszą oddanych fanów i przecierającą nowe szlaki w muzyce. Ta zmiana nie mogła pozostać bez wpływu na tworzone przez nich dźwięki, czego pierwszym wyraźniejszym przejawem jest wydany w 1972 roku album Vol. 4.
    
 Czwarty album zespołu posiada wszystko to, z czego zasłynęły Paranoid i Master of Reality. Mamy więc ciężkie riffy i solówki Iommiego, charakterystyczne basowe partie Geezera, rozpędzoną, przesiąkniętą jazzowym inspiracjami perkusję Warda, wreszcie wokalną ekspresję Ozziego, trudną do pomylenia z czymkolwiek innym. Zarejestrowane przez zespół utwory sprawiają jednak wrażenie znacznie bardziej oszlifowanych i noszących ślady większego muzycznego wyrobienia. Progresywne aspiracje Iommiego, które mocno dały się we znaki na następnych płytach Sabbath Bloody Sabbath i przede wszystkim Sabotage, na „czwórce” przejawiają się jeszcze nieśmiało, ale są zauważalne. Bogatsza struktura utworów, użyte w kilku miejscach syntezatorowe plamy (Wheels of Confusion, Snowblind) czy dalsza eksploracja akustycznych brzmień (ładny, instrumentalny Laguna Sunrise) znacznie łagodzą oblicze tego albumu. Nie oznacza to wszakże rezygnacji z ciężkich brzmień, które również silnie tu występują. W takich utworach jak Cornucopia czy Under the Sun Tony Iommi zagrał jedne z najbardziej mocarnych riffów w karierze. Panowie jednak udowadniają, że muzycy są z nich dojrzali i potrafią zręcznie manipulować nastrojem jednocześnie łącząc te przeciwieństwa w spójną całość.

Czytaj dalej