Cytadelowe podsumowanie roku 2019

Poniżej znajdziecie nagrania dwóch audycji, w których prezentowaliśmy muzykę z 20 zdaniem prowadzącego najciekawszych płyt z ubiegłego roku.

Tym razem miejsce pierwsze wędruje do Cult of Luna z ich genialnym powrotem do wielkiej formy na albumie A Dawn to Fear.

 

 

 

 

 

 

 

 

Pozostałe krążki w kolejności alfabetycznej:

BaronessGold & Grey

 

 

 

BIG|BRAVEA Gaze Among Them

 

 

 

Chelsea Wolfe – Birth of Violence

 

 

 

EABS – Slavic Spirits

 

 

 

Fleshworld – The Essence Has Changed, but the Details Remain

 

 

 

Foals – Everything Not Saved Will Be Lost – Part 1

 

 

 

Heilung – Futha

 

 

 

Helms Alee – Noctiluca

 

 

 

Hexvessel – All Tree

 

 

 

Inter Arma – Sulphur English

 

 

 

King Gizzard & the Lizard WizardInfest the Rats’ Nest

 

 

 

Lingua Ignota – CALIGULA

 

 

 

Monkey3 – Sphere

 

 

 

Mord'A'Stigmata – Dreams of Quiet Places

 

 

 

Ride – This Is Not a Safe Place

 

 

 

Rome – Le Ceneri di Heliodoro

 

 

 

Slipknot – We Are Not Your Kind

 

 

 

Swans – Leaving Meaning

 

 

 

Sâver – They Came with Sunlight

Cytadelowe podsumowanie roku 2018

Za nami Cytadelowe podsumowanie roku 2018, czyli wybór trzydziestu najciekawszych płyt spośród ubiegłorocznych nowości granych w audycji. Decydowały subiektywne upodobania, ale starałem się też kierować znaczeniem danego albumu dla zespołu czy też swojego gatunku. Programy podsumowujące można odsłuchać w serwisie Mixcloud:

Największe wrażenie zrobił na mnie ósmy w karierze krążek Yob zatytułowany Our Raw Heart. Zróżnicowany, emocjonalny materiał pokazuje, że lider grupy Mike Scheidt powrócił do zdrowia i w dziedzinie doom metalu ma jeszcze wiele do powiedzenia.

Kolejne 29 albumów przedstawiam w porządku alfabetycznym:

A Forest of StarsGrave Mounds and Grave Mistakes
 

 

 

 

Alice in ChainsRainier Fog

 

 

 

Anna von HausswolffDead Magic
 

 

 

 

Black Space RidersAmoretum vol.1
 

 

 

 

ConanExistential Void Guardian

 

 

 

Crippled Black PhoenixGreat Escape
 

 

 

 

Dead Can DanceDionysus
 

 

 

 

Entropia Vacuum
 

 

 

 

Ghost – Prequelle
 

 

 

 

GreenleafHear the Rivers

 

 

 

 

Hangman's ChairBanlieue Triste
 

 

 

 

Judas PriestFirepower
 

 

 

 

King BuffaloLonging to be the Mountain
 

 

 

 

Long Distance CallingBoundless
 

 

 

 

Lonker SeeOne Eye Sees Red
 

 

 

 

ManesSlow Motion Death Sequence
 

 

 

 

MerlinThe Wizard
 

 

 

 

MessaFeast for Water

 

 

 

Sangre de MuerdagoNoite
 

 

 

 

SighHeir To Despair
 

 

 

 

SleepThe Sciences
 

 

 

 

Somali Yacht ClubThe Sea
 

 

 

 

SundrifterVisitations
 

 

 

 

SunnataOutlands
 

 

 

 

The OceanPhanerozoic I: Palaeozoic
 

 

 

 

Thy CatafalqueGeometria
 

 

 

 

Uncle Acid and the DeadbeatsWasteland
 

 

 

 

VoivodThe Wake
 

 

 

 

Wrekmeister HarmoniesThe Alone Rush

 

 

 

Conan + Major Kong, Czerń – Wrocław, Firlej, 6.10.2018 r.

Jesienny urodzaj koncertowy nie ominął dźwięków doom / stonerowych. Na dwa występy przyjechał do Polski brytyjski Conan, któremu supportu udzieliły krajowe załogi Major Kong oraz Czerń. Wydarzenia te miały miejsce 6 października we wrocławskim Firleju oraz dzień później w warszawskim Pogłosie. Miałem okazję odwiedzić dolnośląską stolicę by uczestniczyć w sobotnim koncercie. Opis wrażeń znajdziecie poniżej.

Wieczorny zestaw rozpoczął warszawski Czerń. Grupa działa od kilku lat, ale na jej dorobek wydawniczy składają się póki co dwa krążki: Nie ze skały, a ze strachu z 2014 roku oraz wydany rok później split z formacją Kaldera. We Wrocławiu zespół prezentował materiał z dopiero nadchodzącej płyty. Ze wszystkich trzech kapel muzykę Czerń najtrudniej scharakteryzować – mamy tam elementy doom metalu, blacku czy też hardcore'a z tekstami w polskim języku. Był to dobry otwieracz na rozruszanie, chociaż publiczność w czasie występu warszawiaków nie była jeszcze zbyt liczna. Muzycy zagrali solidnie i dobrze brzmieli, z wyjątkiem może słabo nagłośnionego basisty.

Czytaj dalej

Podsumowanie roku 2016

Wybranie dwudziestu subiektywnie najciekawszych albumów roku 2016 było ciężkim orzechem do zgryzienia. Ostatnie dwanaście miesięcy, oprócz niestety plagi newsów na temat odejścia z tego świata kolejnych zasłużonych artystów, przyniosło także wysyp bardzo dobrych wydawnictw. Poniżej zabrakło miejsca na kilka longplayów, które na pewno zakwalifikowałyby się do pierwszej trzydziestki. Mowa tu choćby o Sorceress grupy Opeth (niestety ustępujące poziomem poprzedniemu Pale Communion) i Hardwired…To Self-Destruct Metalliki – być może najlepszego albumu od czasu Reload. Żadna z tych płyt nie wciągnęła mnie jednak tak bardzo jak wymienione poniżej. No to zaczynamy…

 

ultar-kadath20. Ultar – Kadath
Post-blackmetalowa załoga pochodząca z Krasnojarska uraczyła nas w zeszłym roku albumem, który śmiało można uznać za debiut roku. Rosjanie na krążku Kadath sporządzili doskonałą miksturę składającą się z blackowego brudu i post-rockowych przestrzeni. Dużo tu niebanalnych melodii, a każdy kolejny utwór wciąga słuchacza w lovecraftowską rzeczywistość będącą inspiracją dla tematyki utworów na płycie. Niby to wszystko gdzieś już było, a jednak brzmi zaskakująco świeżo.

 

 

cult-of-luna-julie-christmas-mariner 19. Cult of Luna & Julie Christmas – Mariner

Cult of Luna to zespół wymieniany jednym tchem wraz z Neurosis i Isis. Ma koncie wiele płyt przygniatających nie tylko ciężarem, ale przede wszystkim dojmującym, zimnym klimatem, jaki może chyba wyjść tylko spod skandynawskich palców. Julie Christmas jest ekspresyjną wokalistką, znaną z Made Out of Babies i Battle of Mice. Jej wrzaski, zawodzenia i zaśpiewy prawie dziecięcym głosem zapisały się trwale w świecie nowoczesnego metalu. Mariner łączy wiele najlepszych cech obu stron tej współpracy. Może nie ma tu tak niszczących kompozycji jak na kilku ostatnich longplayach Szwedów, całość brzmi mimo to mocno solidnie. Śpiew Julii jest tutaj dosyć stonowany czym ma szansę przekonać nawet przeciwników swojej wokalnej wyrazistości.

 

oranssi-pazuzu-varahtelija18. Oranssi Pazuzu – Värähtelijä

Mistrzowie fińskiego chaosu powrócili. Po raz czwarty już black metal podaje rękę krautrockowi, a wszystko w kakofonii dźwięków wciągających słuchacza wprost we włochatą otchłań widoczną na okładce. Gdyby Ridley Scott planował zatrudnić rockowy zespół do stworzenia ścieżki dźwiękowej dla kolejnej części Obcego, to muzyka Oranssi Pazuzu nadawałaby się idealnie. Więcej pisać nie trzeba – musicie tę płytę poczuć na własnej skórze.

 

borknagar-winter-thrice17. Borknagar – Winter Thrice

Przez pokład Borknagar przewinęli się muzycy z kilku znanych norweskich zespołów, przez co formacja ma wiele cech supergrupy. Zawsze jednak była gdzieś w tle dla takich zespołów jak Dimmu Borgir czy Ulver. Wiele ich płyt – na czele z ostatnią Winter Thrice – pokazuje, że niesłusznie. Nowy krążek Wikingów to znakomita dawka epickich melodii i blackowej energii. Wspaniale wypada trójgłos Vintersorga, ICS Vortexa oraz klawiszowca Lazare. Wokalna trójca w nagraniu tytułowym jest dodatkowo wzmocniona przez Garma, lidera Ulver, a kiedyś również wokalisty Borknagar. Kompozycyjnie mamy tutaj metalowy majstersztyk. Jeśli życzycie sobie przyprószonego śniegiem melodyjnego metalu ze Skandynawii, to ten krążek został wykuty w nordyckiej kuźni specjalnie dla Was.

 

esben-and-the-witch-older-terrors16. Esben and the Witch – Older Terrors

Poprzednie wydawnictwa Esben and the Witch były więcej niż poprawne i miały wybitne momenty, które niestety rozmywały się w nierównościach. Older Terrors unika tych błędów serwując słuchaczowi cztery długie, solidne utwory. Powstała płyta idealnie oddająca klimat okładki – czyli takiego magicznego skrawka zieleni skąpanego w księżycowej poświacie. Zachwycają partie sekcji rytmicznej, zwłaszcza gitary basowej. Nad wszystkich góruje głos Rachel Davis będący przewodnikiem w tej wędrówce.

 

witchcraft-nucleus15. Witchcraft – Nucleus

Nigdy nie zaliczałem się do fanów pierwszych trzech retro-płyt Witchcraft. Wyraźniejsze uczucie do grupy Magnusa Pelandera zrodziło się wraz z wydaniem Legend. Nowy longplay kontynuuje drogę obraną na tamtej płycie, brnąc dalej po klasycznej, doomowej ścieżce. Mało w Nucleus wesołego hipisowskiego pogrywania, jest za to ciężki klimat wczesnych nagrań Black Sabbath czy Pentagram. Jedyne co się nie zmieniło w muzyce Witchcraft to charakterystyczny głos wokalisty.

 

marillion-f-e-a-r-fuck-everyone-nad-run14. Marillion – F.E.A.R. (Fuck Everyone nad Run)

Dawno już płyta jakiegokolwiek progresywnego weterana nie wzbudziła tylu skrajnych opinii, co ostatnie dokonanie Marillion o wdzięcznym tytule Fuck Everyone and Run. Dla jednych do bólu nudna, nijaka, niepotrzebnie minimalistyczna ze „słabym” śpiewem pana H. Dla drugich album niezwykle bogaty, wymagający jednak od słuchacza wielokrotnych i dokładnych przesłuchań. Zaliczam się szczęśliwe do tej ostatniej grupy. Po zachowawczym, dosyć przewidywalnym Sounds That Can't Be Made Marillion uderzył z materiałem zupełnie odmiennym, choć przecież tak bardzo utrzymanym w ich stylu. Warto poświęcić F.E.A.R. dużo uwagi. Gwarantuję, że album zwróci „trudy” z nawiązką. Więcej o tym albumie możecie przeczytać tutaj.

 

furia-ksiezyc-milczy-luty13. Furia – Księżyc Milczy Luty

Czas na spotkanie z pierwszym w tym zestawieniu polskim bandem, czyli śląską Furią. Księżyc Milczy Luty ("luty" to przypomiotnik oznaczający „zimny”, „srogi”, „okrutny”) stanowi materię mniej oczywistą niż Nocel wydany w 2014 r. Przynosi odważniejsze zerwanie z metalowymi schematami, wprowadzając do struktury utworów nastrojowe momenty. Katowicki zespół nie ucieka mimo wszystko od surowej brutalności sięgającej korzeniami do lat 90-tych w Norwergii. Słuchając tej płyty możemy namacalnie odczuć śląski węgiel.

 

katatonia-the-fall-of-hearts12.Katatonia – The Fall of Hearts

Katatonia do płyty Viva Emptiness włącznie była na fali wznoszącej. Potem zaczęło się coś psuć, nawet pomimo faktu, że The Great Cold Distance było jeszcze obiektywnie dobrą płytą (znam wielu, dla których stała się wręcz ulubionym krążkiem Szwedów). Na The Fall of Hearts elektroniczne zapędy z dwóch poprzednich longplayów poszły w odstawkę na rzecz organicznego, rockowego grania, miło urozmaiconego partiami klawiszy. Czuć pasję grania i szczery klimat, który gdzieś się zagubił na ostatnich wydawnictwach. Na liczne podobieństwa do muzyki Opeth możemy przymknąć oko. Recenzję The Fall of Hearts odnajdziecie tutaj.

 

scorpion-child-acid-roulette11. Scorpion Child – Acid Roulette

Kiedy zostałem poproszony o poprowadzenie cyklu Album Tygodnia na antenie Rockserwis.fm z najnowszą płytą Scorpion Child w roli głównej podszedłem do zadania bez większych emocji. O zespole wiedziałem jedynie, że grają hard rocka w stylu retro. Wystarczyło jednak odpalić pierwszy utwór She Sings, I Kill by zatracić się w tej rock’n’rollowej podróży. Owszem dużo tu klasyki, gdzieś słyszymy dalekie echa Led Zeppelin i Deep Purple. Zespół gra jednak nowocześnie, a swoim zainteresowaniem obejmuje najwyraźniej grunge i twórczość grup At the Drive-in oraz The Mars Volta. Wokalista Aryn Jonathan Black śpiewa niczym powstały z martwych Andy Wood, nie kopiując jednocześnie słynnego lidera Mother Love Bone. Błyskotliwe kompozycje wylewają się z głośników. Zdecydowany numer jeden wśród płyt hardrockowych.

 

deftones-gore10. Deftones – Gore

Nigdy nie byłem sympatykiem młodzieńczej twórczości Deftones, jeszcze w czasach gdy zespół był kojarzony z nu-metalem. Chwyciła mnie dopiero płyta Diamond Eyes, pełna smakowitego ciężaru i eterycznej łagodności. Drogę obraną na tamtym longplayu zespół kontynuuje również na Gore. Mięsiste riffy wraz z krzykiem Chino Morreno rozsadzają głośniki, by za chwilę uderzyć melancholijnym wyciszeniem. Wystarczy posłuchać nagrania tytułowego albo stworzonego wspólnie z Jerrym Cantrellem Phantom Bride by uznać ten album za godny zamieszczenia w pierwszej dziesiątce.

 

ihsahn-arktis9.Ihsahn – Arktis.

Po wypuszczeniu na światło dzienne nierównego, przeintelektualizowanego longplaya Das Seelenbrechen dawny lider Emperor powrócił z albumem tkwiącym w konwencjonalnych, metalowych korzeniach. Tytuł nagrania My Heart Is of the North brzmi jak manifest powrotu w mroźną skórę Wikinga. Nie spodziewajcie się jednak bezlitosnego black metalu. To wciąż jest solowy Ihsahn – progresywny, heavy metalowy, podążający ścieżką wyznaczoną albumem Prometheus – The Discipline of Fire & Demise jego macierzystej formacji.

 

hexvessel-when-we-are-death8.Hexvessel – When We Are Death

Poprzedni album Hexvessel stał się płytą dla mnie ważną z kilku powodów. Po pierwsze jeszcze nigdy nie słyszałem tak dobrego mariażu mistycznego neo-folku z rockiem psychodelicznym. Po drugie i chyba ważniejsze – snuta przez muzyków opowieść o drzewach wciąga niesamowicie. When We Are Death jest kontynuacją drogi obranej na No Holier Temple. Jednocześnie zespół proponuje znacznie mniejszą dawkę rytualnego klimatu na rzecz retro-rockowych wycieczek. Mamy 10 utworów, a każdy z nich jest małym arcydziełem. When We Are Death zostało pięknie wydane, szczególnie w wersji winylowej. Więcej o nowym dziele Hexvessel przeczytacie tutaj.

 

thy-worshiper-klechdy7.Thy Worshiper – Klechdy

Thy Worshiper jeszcze jakiś czas temu mógł kojarzyć się z brzmieniem metalowej przeszłości – zespołem, który popełnił kiedyś legendarny Popiół (Introibo ad Altare Dei). Klechdy pokazują, że formacja ma jeszcze dużo do powiedzenia na rodzimej scenie. Dwie płyty składające się na wydawnictwo wypełniono graniem nawiązującym do rodzimej ludowości. Polano to wszystko metalowym riffowaniem. Charczący głos pojawia się naprzemiennie z czystą wokalizą Anny – prawdziwego diamentu tego krążka. Odsłuch takich nagrań jak rytmiczny Halny przekonuje jak dobrze zespół czuje się pływając w tym sosie. Co ważne – brak na Klechdach jakichkolwiek tanich „folk-metalowych” chwytów.

 

wardruna-runalijod-ragnarok6.Wardruna – Runalijod – Ragnarök

Einar Selvik kontynuuje swoją runiczną opowieść. Runalijod – Ragnarök to najbardziej kameralny krążek Wardruny, mimo niemałego rozmachu instrumentarium, a także wykorzystania dziecięcego chóru (robi ogromne wrażenie w nagraniu Odal). Wydana w zeszłym roku płyta ma oblicze dosyć mroczne, nie przypadkiem na okładce królują ciemniejsze barwy. W końcu Ragnarök jest skandynawskim zmierzchem bogów, zagładą, po której narodzi się jednak nowy świat.

 

oathbreaker-rheia5.Oathbreaker – Rheia

Oathbreaker zaczynał od konkretnego crust/blackowego uderzenia za sprawą debiutanckiego Mælstrøm. Trzeci album Belgów zatytułowany Rheia pokazuje nam zespół dojrzalszy, mający znacznie większe ambicje. Delikatność miesza się z przewodzoną blastami agresją. Kontrasty napotkamy w sposobie śpiewania Caro Tanghe. Wokalistka potrafi zaintonować delikatnie, choć odrobinę neurotycznie (w czystych partiach przypomina trochę Julie Christmas), a następnie wyrzucić z przepony ryk, który może nabawić kompleksów niejednego męskiego gardłowego. Nowe dziecko Oathbreaker to jak dla mnie najmniej oczywisty materiał w ciężkim graniu w 2016 roku, czym dobrze się wyróżnia na tle wielu dobrych, niestety przewidywalnych jednocześnie płyt.

 

savages-adore-life4. Savages – Adore Life

Już debiut Savages świadczył, że o zespole usłyszymy jeszcze nie raz. Tymczasem drugi album czterech szalonych dziewczyn zasadza słuchaczowi prawdziwego rockowego kopa prosto w szczękę. Adore Life wykorzystuje wszystko co najlepsze w historii post-punka, a już szczególnie jego energię. Dodatkowo Jehnny Beth to chyba jakaś zaginiona, młodsza siostra Siouxie Sioux. Nie ma jednak mowy o bezczelnym naśladownictwie – panie grają swoją muzykę autentycznie i po swojemu. Bardzo ważna pozycja w ubiegłorocznej alternatywie.

 

david-bowie-blackstar3. David Bowie – Blackstar

Emocje z początku roku 2016 roku nadal są żywe. 8 stycznia, w urodziny artysty, ukazał się następca The Next Day. Mówiło się wtedy o wspaniałej formie niemłodego już przecież legendarnego muzyka, której mógłby pozazdrościć mu niejeden młokos. Rozprawiano o tym przez dwa dni, bo 10 stycznia dowiedzieliśmy się o śmierci Bowiego, a Blackstar został ogłoszony pożegnalnym prezentem dla słuchaczy Davida. Teraz możemy na chłodno ocenić ten album. I bardzo szybko dojść do wniosku, że obcujemy z jednym z ważniejszych dzieł Bowiego. Sporo tu nawiązań do berlińskiej przeszłości, a jednocześnie jest innowacyjnie, w czym dużą zasługę mają jazzowi muzycy zaproszeni do grania rockowych utworów. Poszczególne nagrania potwierdzają klasę artysty, który przecież w czasie ich tworzenia już dawno nie musiał niczego nikomu udowadniać.

 

neurosis-fires-within-fires2.Neurosis – Fires Within Fires

Nowy album Neurosis nie odkrywa co prawda Ameryki, ale nadal czerpie wszystko co najlepsze z wypracowanego przez zespół wyjątkowego stylu. Fires Within Fires to sludge’owy ciężar mocarnych riffów (od kilku płyt gitary nie ciągnęły tak mocno ku ziemi), wypełniony plemienną atmosferą. Przynosi klimat surowego pustkowia, niebezpiecznego, ale i będącego schronieniem od dobrze znanej rzeczywistości. Płyta jest jak na standardy Neurosis dosyć krótka, bo zawierająca wyłącznie 40 minut muzyki i to powstałej dosyć spontanicznie. Te pięć utworów szybko mnie wciągnęło i wciąż nie pozwala o sobie zapomnieć. Gdyby nie fakt, że płyta nie wprowadza niczego nowego do dobrze znanego świata Neurosis, wylądowałaby na miejscu pierwszym. Zaszczytne drugie jak najbardziej się grupie należy.

 

swans-the-glowing-man1. Swans – The Glowing Man

Lider Łabędzi Michael Gira postanowił rozwiązać zespół w obecnym kształcie pozbywając się regularnego składu, z którym nagrał dotychczas cztery niezapomniane albumy. Zwieńczeniem ostatniego wcielenia Swans miał być właśnie The Glowing Man. Jaka jest ta płyta? Mogę śmiało napisać, że najlepsza ze wszystkich wydanych po reaktywacji w 2010 roku, a może nawet w całej długiej karierze formacji. Muzyka na niej zawarta nie ma granic – utwory są długie, dwa z nich trwa ponad 20 minut, a tytułowe nagranie prawie pół godziny. Atmosfera jest budowana nieśpiesznie, dźwięki wydają się jak na Swans łatwiejsze w odbiorze. Gira wygłasza swoje wokalne inkantacje niczym kapłan w całym tym misterium. Króluje mocny rytm za sprawą wbjającej się w umysłowe trzewia perkusji. Kiedy trzeba zespół rozpędza się niczym dobrze naoliwiona machina, a słuchaczowi wypada podkręcić volume i obcować z tym fantasycznym dziełem wielokrotnie. Utwór The Glowing Man to chyba najlepsza kompozycja zasłyszana przeze mnie w ubiegłym roku. To już jest muzyczny obrzęd religijny, prawdziwy trans. Tym samym, podobnie jak w podsumowaniu roku 2014, pierwsze miejsce wędruje do Łabędzi. Ale czy może być inaczej, gdy nagrywa się TAKIE albumy? Czapki z głów.

 

Michał Raś

Katatonia – Kraków, Kwadrat, 6.10.2016 r.

Katatonia

Jesień to odpowiednia pora roku na trasę koncertową Katatonii. Melancholijny metal w wykonaniu Szwedów w towarzystwie pochmurnej aury doskonale się komponuje, tym większa jest chęć by posłuchać muzyki zespołu, a następnie zobaczyć go na żywo. Trasa koncertowa Fallen Hearts of Europe była w Polsce podzielona na trzy występy: kolejno w Gdańsku, Warszawie i Krakowie. Ja miałem okazję uczestniczyć w krakowskim koncercie w klubie Kwadrat w czwartek 6 października.

Występ gwiazdy głównej poprzedzały dwa zespoły: duńska Vola oraz islandzki Agent Fresco. Uroki dnia roboczego oraz wzorowo punktualna pora rozpoczęcia koncertu nie pozwoliły mi niestety zobaczyć pierwszego z supportów. Występ Duńczyków z zasłyszanych później relacji zdobył jednak sympatię publiczności.
W klubie pojawiłem się tuż przed wyjściem na scenę Agent Fresco. Mieszanka math-rocka, progresywnego metalu, a nawet popu nie zrobiła na mnie większego wrażenia. Muzycznie zespół poruszał się poprawnymi djentowymi ścieżkami. Wokalista Arnór Dan Arnarson śpiewał melodyjnym, wysokim głosem, co nie zawsze pasowało do całości – utwory zyskałyby więcej z bardziej agresywnym wokalem. Tylko w niektórych momentach pojawiały się partie wykrzyczane niczym w blackmetalowym bandzie, swoją ekstremalnością nie pasującą za bardzo do całości muzyki. Sama ekspresja wokalisty, a także fryzura (czy raczej jej brak) przypominały frontmana Tool, Maynarda James’a Keenana. W przeciwieństwie do słynnego wokalisty Anarson sprawia wrażenie sympatycznego faceta pozwalającego sobie na dłuższą konferansjerkę między granymi utworami.  Ogólnie rzecz biorąc dobór supportów wydaje się dużo mniej udany, niż cztery lata temu na trasie promującej płytę Dead End Kings, kiedy to mogliśmy podziwiać na scenie tak dobre zespoły jak Alcest i Junius.

Przed 21.00 na scenę – wypełnionego po brzegi fanami – klubu wyszła długo oczekiwana gwiazda wieczoru. W tym miejscu dodam, że był to już mój trzeci zobaczony występ Katatonii na żywo. Ostatni z nich odbył się na festiwalu, co wymogło na muzykach dobór krótszej, pełnej najbardziej popularnych utworów setlisty. Nastawiałem się zatem na głębsze spojrzenie w twórczość grupy w warunkach klubowych oraz bogatą prezentację nagrań z promowanego longplaya The Fall of Hearts. Oczekiwania zupełnie się nie spełniły, mimo, że opisywany koncert uważam za najlepszy z dotychczasowych trzech.

Występ zespołu rozpoczął się od jednego z premierowych nagrań z ostatniego albumu. Last Song Before the Fade to nie jest utwór do końca nadający się na otwieracz, samo wyłonienie się jednak Katatonii na scenie wywołało aplauz publiczności. W dalszej części pojawiło się kilka nowych utworów poprzeplatanych sprawdzonymi hitami. Najbardziej rozpieszczonym przez Szwedów albumem był The Great Cold Distance – zagrano aż sześć kompozycji z tej płyty. Fani Viva Emptiness też nie mieli na co narzekać, usłyszeliśmy bowiem Criminals, Evidence, a także agresywne Ghost of the Sun, który sprawił, że pod samą sceną zrobiło się gorąco. Zabrakło kompozycji z dalszej przeszłości zespołu, jedynie Teargas i For My Demons uratowały sprawę. Skoro o playliście mowa to najbardziej ucierpiała wbrew pozorom płyta ostatnia. Żywiołowy Serac czy spokojniesze Old Heart Falls to zdecydowanie za mało przy tak świetnych nowych utworach jak chociażby Takeover. Liczyłem na odważniejszą eksploatację nowej płyty, w moim przekonaniu najciekawszej od co najmniej dekady (więcej o The Fall of Hearts przeczytacie tutaj).

Wspomniałem o utworach z The Great Cold Distance. Mimo, że nie jest to moja ulubiona płyta Katatonii, to muszę przyznać, że własnie wykonanie nagrań z tego albumu wzbudziło mój największy podziw. Znacznie potężniejszy niż w studyjnej wersji Leaders, emocjonalne In the White oraz zagrane na bisach My Twin i July – dla tych utworów warto było wybrać się na koncert. Podobnie, by po raz kolejny usłyszeć Dead Letters, nagranie, które całkiem słusznie stało się już jedną z ważniejszych kompozycji grupy. Szkoda tylko, że zamiast jeszcze kilku solidnych ciosów z takich płyt jak Tonight’s Decision czy Last Fair Deal Gone Down panowie sięgnęli po nijakie kompozycje z Night is the New Day.

Zespół zaprezentował na żywo dwóch nowych członków formacji. Daniel Moilanen zastąpił swojego imiennika, a zarazem wieloletniego, utalentowanego pałkera Daniela Liljekvista. „Nowy” Daniel z powodzeniem odnajduje się jednak w klimacie i repertuarze grupy. Kolejnym świeżakiem był Roger Öjersson, na co dzień wiosłowy Tiamatu. Obu muzyków przedstawił Jonas Renkse, który zresztą uciekał się do żywiołowych pogadanek pomiędzy utworami. Jedynie jego twarz schowana za burzą długich włosów mogła sugerować introwertyczność wokalisty. Jonasowi wtórował „drugi lider”, czyli Anders Nyström. Jak zwykle pełen energii i znacznie większej otwartości od wokalisty wspomagał go często wokalnie. Grane przez niego riffy rozsadzały energią, lwią część solówek zagrał jednak Roger. Szkoda tylko, że w miejscu gdzie stałem nagłośnienie gitar ucierpiało na rzecz sekcji rytmicznej. Prezencja sceniczna formacji jest dość typowa i ascetyczna – oto kilku facetów stoi i gra na tle grafik promujących najnowszą płytę, bez fajerwerków, za to rzetelnie wykonując swoje utwory. Forma wokalna Jonasa wydała się lepsza od tej sprzed czterech lat w tym samym klubie. Nie obyło się też bez obowiązkowego zdjęcia z publicznością na koniec.

Katatonia nie zaskoczyła mnie tego październikowego wieczora niczym nowym. Jak już wyżej pisałem nowy materiał został potraktowany niewdzięcznie, zespół na żywo prawie w ogóle nie wykorzystał jego potencjału. Set składający się z popularnych hitów wypadł jednakże bardzo udanie, czego dowodem były żywiołowe reakcje publiki. Mniej więcej od połowy występu klub kipiał energią, a muzyki zespołu nie dało się słuchać po prostu stojąc w miejscu i chłodno oceniając bez emocjonalnego zaangażowania. Szwedzi może i wykonują melancholijną muzykę, jednak na żywo zawsze wywołują energetyczną burzę.

Michał Raś

Ostatnia rodzina

Ostatnia rodzina1Ostatnia rodzina to jeden z bardziej oczekiwanych przeze mnie filmów tego roku. Dlaczego? W dość wczesnym dzieciństwie po raz pierwszy obejrzałem galerię dzieł Zdzisława Beksińskiego w rodzinnym Sanoku i wizyta ta mocno naznaczyła kształtujący się wówczas młody umysł. Wraz z rozwojem zainteresowania filmem i muzyką pojawiła się z kolei postać Tomka, niestrudzenie przekładającego na nasz język Bondy, Monty Pythona czy takie klasyki jak  Dracula Francisa Forda Coppoli. Popularyzacja obrazów w stylu Kobieta Wąż (The Reptile) zaowocowały niewyczerpanym zainteresowaniem tradycyjnym kinem grozy. Audycji Tomka słuchałem niestety już po jego odejściu, zaważyły one jednak na podjęciu się samodzielnego prowadzenia audycji autorskich. I chociaż nie dane mi było poznać żadnego z Beksińskich osobiście, to historie o nich przewijały się w prywatnym życiu wielokrotnie, w rodzinnym mieście oraz poza nim.
Ten wstęp ma na celu pokazać, że bardzo wielu widzów, podobnie jak ja, nie potrafi  uczestniczyć w seansie Ostatniej rodziny inaczej niż z ogromnymi emocjami, niezależnie czy znali Zdzisława i Tomasza osobiście, oglądali liczne nakręcone przez malarza nagrania życia rodzinnego, czy też byli fanami twórczości obu Beksińskich. Przed autorami obrazu stanęło zadanie niezwykle trudne, wymagające wielkiego wyczucia i subtelności. Czy się udało?

Film Jana P. Matuszyńskiego przedstawia sekwencje wybranych wydarzeń z życia słynnej rodziny  od przeprowadzki do stolicy, aż po nieubłagany, tragiczny koniec ich historii. Poznajemy Zdzisława wkraczającego w warszawski rozdział swojej twórczości. Widzimy początki skompikowanej relacji z marszandem Dmochowskim (w tej roli genialny Andrzej Chyra), poznajemy jego codzienne życie z żoną Zofią, matką i teściową pod jednym dachem oraz niepokornym synem mieszkającym w tym samym blokowisku. Państwo Beksińscy żyją w nieustannym lęku o mającego skłonności samobójcze Tomka, znoszą jego nastroje i trudny sposób bycia. Sceny rzadko rozgrywają się poza mieszkaniami Beksińskich – mamy nieliczne momenty przedstawiające np. studio radiowe. Polem akcji są głównie "cztery ściany". Mamy zatem wspólne posiłki, szorowanie podłóg, walkę z pralką czy kanalizacją. Życie Beksińskich, jak każdej innej familii, naznaczone jest śmiercią – kolejno odchodzą dwie babcie, trzymająca obu ekcentryków w ryzach Zofia, wreszcie Tomek i Zdzisław.  Detale każdej sceny kręconej pojedynczym ujęciem, to największy plus Ostatniej rodziny. W tym miejscu trzeba pochwalić wykorzystanie licznych rekwizytów z "epoki", przez sprzęty kuchenne do wszelakich gadżetów audio-video, wśród których niejeden odnajdzie np. magnetofon, który lata temu przewinął się przez jego własne mieszkanie.

OstatniaRodzina2

Duże brawa należą się odtwórcom ról małżeństwa Beksińskich. Fizycznie niepodobny do słynnego malarza Andrzej Seweryn dzięki udanej charakteryzacji oraz przede wszystkim wielkiemu talentowi aktorskiemu na ekranie staje się Zdzisławem. Wystarczy obejrzeć nagrania z domu rodzinnego Beksińskich aby przekonać się o dużym kunszcie i wyczuciu wielkiego aktora. Na ekranie błyszczy Aleksandra Konieczna, przed którą stało zadanie o tyle ciężkie, że prawdziwa Zofia była osobą skromną, wycofaną, do reszty poświęconą domowym obowiązkom. Nie znajdziemy zbyt wielu materiałów ją przedstawiających, a na tych nieliczych widzimy ogromne podobieństwo do roli Koniecznej. Mimo, że przyjęła na siebie taką, a nie inną społeczną rolę, to film wyłuszcza jej charakter nadając tej spokojnej postaci znaczenie równoważne rolom męskim. Nie jest to już portret podwójny, jak w biograficznej książce Magdaleny Grzebałkowskiej, ale zdecydowanie potrójny.

OstatniaRodzina3

Filmowe przedstawienie Tomasza Besińskiego zaczęło wzbudzać kontrowersje jeszcze przed premierą Ostatniej rodziny i nierozerwalnie wiąże się ze scenariuszem obrazu. Dawid Ogrodnik odrobił pracę domową m.in. odwiedzając przyjaciół i znajomych radiowca podczas przygotowań do roli. Jego kreacja mimo wszystko przerysowała pierwowzór. Ciągła nerwowa gestykulacja oraz zbyt niewyraźna wymowa to jedno. Takie drobne wady nie przeszkadzałyby w dobrej prezentacji ekranowej tej ważnej postaci. Scenariusz filmu niezwykle silnie uwypukla emocjonalne problemy Tomka, prowadzące do wybuchów i takich scen jak demolowanie kuchni Beksińskich. Dla widza ceniącego Tomasza jako mentora muzycznego i tłumacza, o jego przyjaciołach i znajomych nie wspominając, oglądanie pierwszej godziny filmu będzie prawdziwą katorgą. Z kolei widz niobeznany z osobą słynnego Nosferatu może sobie o nim po seansie wyrobić zdanie jak najgorsze. Złe wrażenie z pierwszej połowy filmu próbuje zatrzeć jego dalszy ciąg – mamy Tomka spokojniejszego, prowadzącego udane życie zawodowe, co zostało zresztą ledwie zarysowane. Akcja mniej więcej od końca lat 80-tych pędzi bowiem jak szalona. Zwyczajnie zabrakło czasu aby wycisnąć coś więcej z tej postaci. Brakuje jego sarkastycznego dowcipu, pythonowskiego dystansu, wielkiego obeznania filmowego i muzycznego. Bohater przez cały film nawet się nie uśmiecha. Twórcy w pewnym sensie powielają negatywny obraz z książki Grzebałkowskiej, a nawet jeszcze go podkręcają. Tym samym spełniła się moja najgorsza obawa w stosunku do Ostatniej rodziny, czyli pokazanie Tomasza jednostronnie. Takie przedstawienie postaci niewątpliwie wpływa dodatnio na ekranową jakość fabularną, dzieje się to jednak kosztem dyskredytowania samego Tomka. Sytuację zapewne uratowałaby dokrętka kilku dodatkowych scen równoważących emocjonalne rozchwiania i wybuchy. Tym bardziej, że sceny w studio radiowym, z klubu dj-skiego czy  tłumaczenia na żywo filmu o przygodach Jamesa Bonda Szpieg, który mnie kochał zostały zrealizowane perfekcyjnie. Wiem, że film miał traktować o rodzinie, dlatego praca zawodowa bohaterów ma znaczenie marginalne (podobnie przedstawiono malarstwo Zdzisława), jednak ukazanie Tomka w innych sytuacjach niż rodzinne było w moim przekonaniu konieczne, aby oddać pełny obraz tej postaci. Tym bardziej, że widzowie po latach mogą sobie na stałe utrwalić obraz Tomasza znany z Ostatniej rodziny

OstatniaRodzina4Skoro jeszcze mowa o bohaterach, to warto docenić rolę jedynej liczącej się postaci drugoplanowej, czyli granego przez Andrzeja Chyrę marszanda Piotra Dmochowskiego. Chyra wiernie oddaje jego specyficzne maniery i sposób bycia. Dobrze zarysowano skomplikowaną relację ze słynnym malarzem. Panowie odpychali się i przyciągali jednocześnie. Po śmierci Zofii Beksiński rehabilituje Dmochowskiego i przywraca do statusu ważnego współpracownika.

Twórcy filmu od początku przyjęli założenie, że tak jak w domu Beksińskich, tak na ekranie musi pojawić się wartościowa muzyka, nierozerwalnie powiązana z jego bohaterami. Jeszcze długo po seansie chodziło za mną camelowe Pressure Points i marillionowe Childhood's end? Z kolei pracownię Zdzisława, tak jak w prawdziwym życiu, wypełniła muzyka klasyczna. Warto zainteresować się soundtrackiem zawierającym utwory mające duże znaczenie dla obu Beksińskich (każdemu z nich poświęcono osobną płytę CD). Nie wszystkie nagrania wykorzystano w obrazie.

Pomimo kilku mniej lub bardziej poważnych wad Ostatniej rodziny trzeba przyznać jedno – film wbija w kinowy fotel jak mało który. Ekranowe lata zmieniają się jak w kalejdoskopie, a widz wraz ze słynną rodziną wzrusza się, śmieje lub też przeżywa mokotowską prozę życia. Reżyser wraz ze scenarzystą Robertem Bolesto próbowali nam opowiedzieć historię, która dla mnie jest przede wszystkim opowieścią o ulotności. Cykl życia wyznaczają wspólne posiłki, codzienne czynności, świąteczne spotkania, wreszcie pogrzeby i śmierć. Pozostają nagrania uwiecznione na kamerze i pustka połączona z bezsilnością, którą czuje widz po obejrzeniu ostatniej sceny filmu. Dźwięki Song to the Siren w końcowych napisach tylko te uczucia dopełniają. Zawsze boli  bezceremonialne włączanie świateł w kinie, zanim napisy końcowe dobrną do finiszu. W przypadku tego obrazu zafundowany przez obsługę kinia brutalny powrót do pozafilmowej rzeczywistości był szczególnie ciężki. Po seansie Ostatniej rodziny poszczególne obrazy, dźwięki i uczucia prześladowały mnie jeszcze długo.

Michał Raś

Borknagar / Kampfar/ Diabolical, Kraków, Klub Kwadrat 17.04.2016

Borknagar/Kampfar/Diabolical

W niedzielę 17 kwietnia północne wichry zatrzęsły Krakowem. Wieczór tego dnia należał do trzech skandynawskich załóg: Borknagar, Kampfar oraz Diabolical. Są to zespoły lubujące się w muzyce ekstremalnej, przyprawionej wyczuciem melodii i przede wszystkim nordyckim klimatem. Przynajmniej w wydaniu reprezentantów Krolestwa Norwegii, gdyż Diabolical, jak sama nazwa wskazuje, odnajdują się w bardziej lucyferyczno-apokaliptycznym nastroju. Polskim fanom metalu na pogańską nutę pozostało jedynie wydobyć z szaf mniej lub bardziej zwichrane t-shirty Bathory i ruszyć do krakowskiego klubu Kwadrat, gdzie odbywało się wydarzenie (dla porządku wspomnieć trzeba o koncercie tych samych zespołów dzień wcześniej w warszawskiej Progresji).

Do klubu dotarłem tuż po rozpoczęciu występu przez Diabolical. Dość wczesna pora (koncert zaczął się o 18.30) w połączeniu z niedzielnym wieczorem zrobiły swoje. Pod sceną stało zaledwie kilkanaście osób. Publiczność co prawda sukcesywnie się zwiększała, mimo to zespół musiał trochę robić "dobrą minę do złej gry". Muzyka Diabolical to dość hermetyczny death metal zabarwiony thrashem. Dźwięki dobrze znane i słyszane na bardzo wielu koncertach. Obyło się na szczęście bez ziewania gdyż zespół na scenie zadaje publiczości potężnego energetycznego kopa. Panowie nie unikają klimatycznych zwolnień, mają konkretną prezencją sceniczną, a sam dzierżący gitarę  wokalista Sverker "Widda" Widgren przypominał mi trochę…metalowy odpowiednik Iana Andersona z Jethro Tull. Formacja na trasie jako jedyna z występujących tego wieczoru nie promowała nowego materiału, jednak w setliście znalazło się sporo kompozycji z ostaniego jak dotąd longplaya Neogenesis.

Dość szybko doczekaliśmy się kolejnej załogi. Kampfar udowodnił, że w swojej bezkompromisowości jeńców nie bierze. Wystarczyło do tego podstawowe rockowe instrumentarium – wokal, jedna gitara, bas, perkusja. Norweska wataha wilków zaprezentowała najbardziej ekstremalny set wieczoru wciągając publikę na dobre do zabawy, w tym "młynka" pod sceną. Zrobiło się tłoczno, a początek był naprawdę mocny. Panowie rozpoczęli set utworem Gloria Ablaze, dźwiękowym dynamitem otwierającym ich ostatni longplay Profan. Dalej mieliśmy m.in. podniosły Daimon z tego samego wydawnictwa, gdzie frontman Dolk miał okazję zaprezentować swój "czysty" wokal. Grupa sięgnęła również w czeluść lat 90-tych grając takie klasyki jak skoczny Hymne. Na zakończenie znów zrobiło się podniośle: kompozycje Mylder oraz Our Hounds, Our Legion kazały się poważnie zastanowić czy główna gwiazda wieczoru wytrzyma porównanie z tak wysokim poziomem jaki reprezentuje na scenie Kampfar.

Borknagar ceniłem za pierwsze cztery albumy, gdzie wokalistami byli znany z Ulver Garm oraz ICS Vortex. Pojawienie się w składzie Vintersorga nie napawało mnie optymizmem. Niezbyt przepadałem za jego głosem, więc kolejne plyty zespołu słuchałem sporadycznie. Karierę grupy zacząłem ponownie uważnie śledzić wraz z powrotem do składu Vortexa (znanego wcześniej z Arcturus i Dimmu Borgir) w roli basisty i drugiego wokalisty. Ostatnie dwa longplaye, czyli Urd i Winter Thrice to prawdziwe petardy, zapełnione najlepszymi kompozycjami zespołu w karierze. Oczekiwania wobec krakowskiego koncertu miałem zatem spore.
Pierwszym zaskoczeniem był brak w składzie Vintersorga. Obowiązki glównego wokalisty dzierżył niejaki Athera, który doskonale odwzorował partie aktualnego wokalisty. W przeciwieństwie do załóg Diabolical i Kampfar, główna gwiazda skupiała się na klimacie kreowanym przez utwory pełne melodii oraz łagodniejszych partii. Szaleńczy młyn pod sceną ustąpił miejsca skupieniu, któremu towarzyszyły ruchy fanowskich głów w rytm muzyki. Nowy album Winter Thrice reprezentowały największe hity: Rhymes of the Mountain, Cold Runs the River oraz utwór tytułowy. Zespół sięgał głównie do starszego repertuaru. Utwory z albumu The Archaic Course nieziemsko mnie ucieszyły angażując do podscenicznego szaleństwa (przezornie na początku występu Norwegów ustawiłem się pod barierkami). Jeszcze ciekawiej zrobiło się gdy zespół sięgnął do naprawdę odległej przeszłosci, czyli dwóch pierwszych albumów z ulverowym Garmem w roli wokalisty. Athera wspaniale poradził sobie z jego partiami w The Eye of Oden oraz Dauden. Jeśli chodzi o stronę wokalną brawa należą się także dla klawiszowca Lasare. Kojarzony z psychodelicznym Solefald muzyk bez dwóch zdań mógłby pełnić w Borknagar rolę głównego wokalisty, przynajmniej w "czystych" partiach. Basista Vortex znany jest z okazjonalnego fałszowania na koncertach, czego dał dowód na ostatniej edycji Brutal Assault w roli frontmana Arcturus. Obawy jak wypadnie tym razem szybko okazaly się płonne. Całkiem nieźle sobie w Krakowie radził, nierzadko przejmując rolę głównego wokalisty. Było widać pewien kontrast w stosunku do supportów, bowiem wikingom z Borknagar powoli zaczyna udzielać się wiek oraz syndrom "dinozaurów rocka", szczególnie patrząc na dwóch gitarzystów. Nie przeszkadzało to zbytnio, zwłaszcza, że im bliżej kulminacji występu, tym większy entuzjazm udzielał się publice. Na bisach wrócił mosh, szczególnie na przedostatnim w setliście Colossus. Finalnie zagranym przez grupę utworem był Winter Thrice, czyli bezkonkurencyjnie chwytliwa kompozycja z ostatniego lonplaya, pełna melodii i partii wokalnych na trzy głosy + publiczność, która jak widać dobrze poznała tekst utworu.

Koncert trzech skandynawskich ekip niezwykle uprzyjemnił niedzielny wieczór. Wszyskie zespoły spisały się wzorowo. Nagłośnieniu w klubie również nie da się zbyt wiele zarzucić, biorąc pod uwagę standardy na większości metalowych gigów. Można jedynie narzekać na frekwencję, która w Kwadracie tego dnia nie dopisała. Do plusów trzeba także zaliczyć bogaty merch z całkiem przyzwoitymi cenami. Dźwięki utworu Winter Thrice, czy kampfarowego Mylder brzmiały w mojej głowie jeszcze przez kilka dni od wydarzenia. Oby więcej takich koncertów na krakowskiej ziemi.

Michał Raś

Podsumowanie roku 2015

Upłynął kolejny rok, pora zatem na wybór najciekawszych wydawnictw Anno Domini 2015. Zgodnie z zapoczątkowaną wcześniej tradycją podsumowanie ma formę tekstową. Tym razem zrezygnowałem z podziału na ranking główny, wyróżnienia i rozczarowania, a ograniczyłem się do wyboru 20 albumów, które najczęściej przewinęły się przez działające wokół mnie sprzęty grające. Kilka płyt z konieczności musiało odpaść, jak choćby rewelacyjny Acid KingMiddle of Nowhere, Center of Everywhere albo najnowsze dzieło Slayera, niespodziewanie solidne i często dorównujące płytom wydawanym przez Zabójcę w latach 90-tych. Wybór jest oczywiście czysto subiektywny, zapraszam więc do dzielenia się swoimi opiniami na temat ulubionych płyt wydanych w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

 

exercises_in_fruitility20.Mgła – Exercises in Futility
Możecie się zastanawiać skąd tak niskie miejsce w rankingu. Spieszę wyjaśnić, że ostatnia produkcja naszego głownego blackmetalowego towaru eksportowego to dzieło doskonale wyprodukowane, ze smakiem skomponowane, ale jednak nieco wtórne. Exercises brakuje "tego czegoś", co tak bardzo urzeka np. w muzyce Batushki, będącej moim faworytem w tegorocznym krajowym black metalu. Nie zmienia to faktu, że warto i należy się nad Exercises in Futility pochylić. Panowie nagrali materiał bardzo obiecujący i dorównujący poziomem With Hearts Towards None.

 

With the Dead19.With the Dead – With the Dead
With the Dead to gratka dla sympatyków mocarnego doomu. Oto byli członkowie Electric Wizard i Ramesses, tandem Tim Bagshaw-Mark Greening postanowili połączyć siły z Lee Dorianem, ex-wokalistą Cathedral. Powstał materiał piekielnie ciężki, toczący się niczym walec drogowy, który powinien bez trudu zakręcić się dłużej w odtwarzaczach wszystkich fanów Elektrycznego Czarodzieja albo debiutu Cathedral Forest of Equilibrium.

 

 

Lacrimosa - Hoffnung18.Lacrimosa – Hoffnung
Lacrimosa to dla mnie trochę zespół z przeszłości – czasy fascynacji muzyką Tilo Wolffa mam już daleko za sobą, a takie płyty jak Elodia czy Fassade stanowią klasykę, do której powracam wyjątkowo. Tym większą niespodzianką były pierwsze odsłuchy nowego krążka. Nagle okazało się, że te dźwięki przemawiają do mnie z taką samą mocą jak dawniej. Trudno oprzeć się symfonicznemu rozmachowi utworu Mondfeuer, ale to samo można powiedzieć o  kompozycjach z typową rockową strukturą (Unterwelt, Thunder and Lighting). To wyważenie pomiędzy typowym dla Lacrimosy smutkiem, a heavy metalową energią urzeka zatrzymując przy nowym dziele Szwajcarów na dłużej.

 

Zamknely Oczy Ziemi17.Stara Rzeka – Zamknęły się oczy Ziemi
Kubia Ziołek, po ogromnym sukcesie albumu Cień Chmury nad ukrytym polem powrócił do Borów Tucholskich by zabrać nas w kolejną tajemniczą wędrówkę po jednocześnie dość swojskiej krainie. "Wymyślanie folku na nowo" (wg słów lidera) opiera się na patentach znanych z debiutu – mamy akustyczne pieśni, trochę noisu i elektroniki. Całość brzmi jednak bardziej przystępnie i na tej jednorodności muzyka Ziołka jedynie zyskała. Dzięki krązkowi Starej Rzeki możemy uciec od naszego zabieganego świata wprost w objęcia polskich lasów i dolin, pełnych spokoju i zadumy.

 

Cobras & Fire16.Monster Magnet – Cobras & Fire (The Mastermind redux)
Nie przypuszczałem, że płyta ze zremiksowanymi wersjami utworów z albumu Mastermind stanie się jedną z ciekawszych w rozległej dyskografii Dave'a Wyndorfa i spółki. Utwory tchną psychodelią oraz kunsztownymi, bogatymi aranżacjami. To już zdecydowanie nie jest prosty rock'n'roll znany z wielu wcześniejszych albumów Monster Magnet.

 

 

Hangsman's Chair15.Hangman's Chair – This is Not Supposed to Be Positive
Paryżanie z Hangman's Chair wiedzą jak tworzyć dźwięki depresyjne będące jednocześnie porywającymi. Zespół wyrósł ze sceny stoner/doom metalowej, jednak spotkamy na tym krążku liczne momenty kojarzące się z twórczością Alice in Chains (porównanie do klasyków grunge'u jest uparcie powtarzane w większości recenzji tego krążka, jednak wydaje się ono mocno na miejscu). Daleko im jednak do bezmyślnego naśladownictwa kogokolwiek. Duży plus za umiejętności wokalne Cédrica Toufoutiego.

 

I Am Providence14.Coffinfish – I Am Providence
O tym, że tzw. scena post-metalowa zjada własny ogon wiadomo nie od dziś. Nagrania kolejnych naśladowców Neurosis lub Isis rzadzko czymś nowym zaskakakują. Tym lepiej robi się na sercu, słuchając debiutu pochodzącego z Krakowa Coffinfish. I Am Providence to dawka niepokojącej, ciężkiej i jednocześnie melodyjnej muzyki. Grupa godnie robi użytek ze spóścizny Lovecrafta generując wyśmienity soundtrack pod mroczne opowieści z mitologii Cthulhu. Utwór Watchers stanowi mistrzostwo w budowaniu nastroju wprost z kart opowiadań samotnika z Providence. Płytę warto polecić nie tylko fanom klimatów około-sludge'owych.

 

Year of the Goat13.Year of the Goat – The Unspeakable
Pierwszy przedstawiciel retro-rocka w naszym cytadelowym topie. Album jest po brzegi wypełniony energetyczną, niesamowicie melodyjną muzyką. Nad calością czuwa głos człowieka o złowrogiej ksywie Thomas Sabbathi, potrafiącego wyciągać prawie heavy metalowe góry, a następnie zabrnąć w manierę przypominającą nawet Davida Bowie.

 

 

Love Fear and the Time Machine12.Riverside – Love, Fear and the Time Machine

Muszę przyznać, że początkowo nie byłem zachwycony nowym dziełem liderów krajowej progresywnej sceny. Nadal Love, Fear… wydaje mi się nieco nierówne, jednak zdecydowałem się na zamieszczenie albumu w Top 20 ze względu na kilka wspaniałych nagrań: Under the Pillow, #Addicted, Time Travellers. Bardzo podoba mi się pomysł Mariusza, by po kilku płytach zorientowanych na ciężar oraz rozbudowane kompozycje postawić na prostotę zgrabnie napisanej piosenki.

 

Meliora11.Ghost – Meliora

Papa Emeritus z kolegami wydali trzeci, i wg wielu najlepszy album w swoim dorobku. Grupa doskonale lawiruje pomiędzy klasycznym heavy (chociaż skojarzeń z Mercyful Fate mamy jakby mniej) oraz znanym od lat "szatańskim" wizerunkiem, a wszelkimi wymogami dyktowanymi przez świat stadionowych gwiazd. Ten kompromis wyszedł szwedzkiemu Duchowi zdecydowanie na dobre. Takie utwory jak From the Pinnacle to the Pit, Mummy Dust albo balladowy He Is pozostaną w naszych odtwarzaczach na długo.

 

The-Night-Creeper10.Uncle Acid & the Deadbeats – The Night Creeper

Czwarty album w dorobku rozmiłowanych w psychodelicznym retro-rocku protegowanych Rise Above Records to logiczna kontynuacja drogi obranej na Blood Lust i Mind Control. Jest jednak zgrabniej, konkretniej – jednym słowem jeszcze lepiej. Apetytu dodaje oryginalny w swej prostocie koncept tej płyty. Oto mamy historię mordercy rodem z włoskiego kina giallo, a słuchacz niczym detektyw rusza jego śladem.

 

 

Batushka – Litourgiya9.Batushka – Litourgiya

Tajemnicza Batushka to "zespół znikąd", który poraził słuchaczy oryginalnym połączeniem przebojowej odmiany black metalu z chorałem gregoriańskim. Okładka płyty Litourgiya przedstawiająca ikonę wiele mówi o nastroju zawartości, inspirowanej prawosłaną ortodoksją. Wspaniały powiem świeżości w dość przewidywalnym ostatnio polskim blacku.

 


orthodox-axis8.Orthodox – Axis

Hiszpański Orthodox to w takim samym stopniu formacja genialna jak niedoceniania. Chociaż wpływy Om zawsze były u nich wyraźne, to jednak prezentowane przez hiszpański duet (do niedawna trio) połączenie doom/stonera, z jazzem i hiszpańskim, ortodoksyjno-katolickim folklorem nie ma sobie równych na scenie. Płyta Axis w porównaniu do zachowawczego poprzednika (wydanego w 2012 r. Baal) brzmi odważnie. Trochę razi zminimalizowanie partii gitar, ale z czasem można i w tym zabiegu odnaleźć sens. Polecam mocno.

 

My Dying Bride - Feel the Misery7.My Dying Bride – Feel the Misery

Po odsłuchaniu tej płyty cisnęła mi się na usta jedna fraza: "w końcu!". W końcu załoga Aarona Stainthorpe'a nagrała album na miarę swoich wczesnych dokonań (przynajmniej z okresu The Angel and the Dark River  lub Like Gods of the Sun). Nie ma tutaj mowy o przesadnym, doomowym zamulaniu. I choć jest ciężko, mocarnie i potężnie, to króluje melodia, rewelacyjne kompozycje i jak zwykle przejmujące partie wokalisty: od smutnego czystego zawodzenia, po ciągnące ku glebie growle. Więcej o Feel the Misery możecie poczytać tutaj.

 

Chelsea Wolfe - Abyss6.Chelsea Wolfe – Abyss

Sluchając kilka lat temu płyty Apokalypsis amerykańskiej wokalistki nie sądzilem, że uda jej się nagrać coś przynajmniej równie dobrego. Jednak po trochę nijakim Pain is Beauty Chelsea popełniła genialny materiał, pełen przeciwieństw, a jednocześnie mocno jednorodny w klimacie. Doomowy cieżar jest tutaj przeciwstawiony onirycznej delikatności, rodem z najlepszych dream popowych longplayów. Chelsea Wolfe zabiera nas w nieco bolesną, ale jakże przyjemną otchłań.

 

Faith No More - Sol Invictus5.Faith No More – Sol Invictus

Powrotom rockowych wielkich zawsze towarzyszy aura kontrowersji. Zadajemy sobie pytanie po co rozgrzebywać legendarny dorobek, próbować na siłę ożywić dawne emocje? W ostatnich latach powrotów mniej i bardziej udanych mieliśmy wiele: Black Sabbath, Soundagarden, Alice in ChainsFaith No More nagrało album nie aspirujący do bycia drugim Angel Dust czy King for a Day, Fool for a Liftime. Krążek zawiera piekielnie dobre utwory, od których ciężko się jest uwolnić, począczwszy od balladowego Sol Invictus, przez melodyjne Sunny Side Up, kończąc na potężnym Matadorze. Zdecydowanie jeden z lepszych powrotów obecnej dekady, bo bez zadęcia i robienia czegokolwiek na siłę.

 

Pylon4.Killing Joke – Pylon

Po renesansie twórczym na wysokości płyt Killing Joke z 2003 r. oraz Hosannas From the Basement of Hell zespół Jaza Colemana stał się nieco przewidywalny. I chociaż Pylon tej przewidywalności nie jest całkiem pozbawiony, to jednocześnie zawiera jedne z najlepszych kompozycji grupy od kilku lat. Dominuje cieżar (Dawn of the Hive, świetny I Am your Virus), jednak miłośnicy post-punkowego wcielenia grupy znajdą na Pylon wiele dla siebie. Nad całością guruje zimny klimat współgrający z pesymistyczną tematyką utworów.

 

Grave Pleasures - Dreamcrash3.Grave Pleasures – Dreamcrash

Powstała na gruzach Beastmilk fińska grupa Grave Pleasures pod dowództwem Kvohsta (Brytyjczyka z krwi i kości) przynosi nam wyśmienitą mieszankę post-punka i mocno "ejtisowego" brzmienia z dużą dawką rock'n'rollowej energii. Zgrabne, przebojowe kompozycje, genialne melodie i poruszający wokal – tylko tyle i aż tyle wystarczy by zasłużyć na miejsce trzecie w rankingu najlepszych płyt AD 2015.

 

 

Gold - No Image2.Gold – No Image
Gold to grupa założona przez byłego muzyka The Devil's Blood, gitarzystę Thomasa Scarione. Z jednej strony occult rockowy duch poprzedniego zespołu Thomasa jest wyczuwalny na No Image (w obu zespołach uświadczymy również kobiecy wokal), z drugiej Gold ciągnie raczej w stronę post-punku, noise'u oraz do bardziej przyziemnych tematów poruszanych w piosenkach. Grupa poczyniła ogromny postęp od czasów debiutanckiego, dość przeciętnego Interbellum przedstawiając nam wybuchowy zestaw dynamicznych utworów, przesyconych niepokojącą atmosferą. Od tych dziesięciu piosenek można się prawdziwie uzależnić. Jest to zdecydowanie najczęściej "katowana" przeze mnie płyta 2015 roku.

 

Paradise Lost – The Plague Within1.Paradise Lost – The Plague Within
Po sporych dylematach pierwsze miejsce wędruje do Paradise Lost. The Plague Within sięga jeszcze dalej w przeszłość zespołu niż robił to wydany w 2012 r. Tragic Idol. Okazało się, że Nick Holmes potrafi jeszcze z przepony wydobyć całkiem niezłe growle, a muzyka nabrała licznych death metalowych ozdobników (pewnie jest to po części zasługa Vallenfyre i Bloodbath, w których udzielają się pobocznie Greg i Nick). W przeciwieństwie do przebojowego poprzednika The Plague Within nie od razu porusza słuchacza, niektóre momenty wydają się początkowo nijakie/niepotrzebne. Nowe dzieło Paradajsów to nie jest jednak materiał na kilka przesłuchań – po dłuższym czasie trudno już się od tych utworów oderwać. Spotykamy tutaj cieżar Lost Paradise lub Shades of God ubarwiony dzięki umiejętnościom kompozytorskim nabytym przy okazji tworzenia One Second i kilku późniejszych albumów. Nareszcie panowie zaliczyli prawdziwy i pełen klasy powrót do cieżąru bez kompromisów.

Michał Raś

Podsumowanie roku 2014

Zanim rozpoczniemy kolejny sezon w Cytadeli warto podsumować upływający rok 2014. Ponieważ czas antenowy poświęcimy innym, może ciekawszym sprawom zestawienie najciekawszych płyt, kilku znaczących wydarzeń oraz rozczarowań odnajdziecie poniżej.

W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy na rynek wydawniczy trafiła pokaźna liczba poruszających albumów. Żadnego z nich nie mogę jednocześnie określić dziełem przełomowym. W zestawieniu ująłem też niewiele krajowych produkcji. Płyty znad Wisły są wyraźne w odwrocie, chociaż żaden z rodzimych artystów nie trafił do sekcji "rozczarowania".

Zdaje sobie sprawę, że kształt rankingu wynika po części z braku czasu, a  po części z ignorancji – wiele ważnych płyt nie zbadałem stawiając wyżej grzebanie w dźwiękach z lat ubiegłych ponad gonitwę za nowościami. Zestawienie bazuje głównie na ilości przesłuchań. Najwyżej umieściłem płyty najczęściej katowane w odtwarzaczach wszelkiej maści.

Najlepsze płyty 2014 roku:

10.Blues Pills – Blues Pills

Szwedzki kwartet zadaje kłam teorii o wypaleniu się retro-rockowego grania. A może ten osąd potwierdza, bo urocza Elin Larsson i jej trzej koledzy pozostawiają konkurencję daleko w tyle. Blues Pills to czysta energia, kop w tyłek wymierzony bezlitośnie i z polotem. High Class Woman, Gypsy, Devil Man, No Hope Left For Me… album po brzegi zapełniony hitami.

9.Bloodbath – Grand Morbid Funeral

Starzejący się Nick Holmes staje za mikrofonem w kapeli grającej oldschoolowy death metal, dodatkowo prowadzonej przez dwóch muzyków Katatonii? Czemu nie, jeśli ten układ wypada tak dobrze. Mamy tutaj surowe śmierć metalowe brzmienia oraz elementy doom/deathu najwyższej rangi w numerach Church of Vastitas i Grand Morbid Funeral (w końcu z takiego grania panowie zasłynęli w pamiętnych latach dziwięćdziesiątych). Bezlitosne, niszczące dźwięki jednocześnie pełne dobrej zabawy. Muzycy z nieomal czterama dychami na karku bezbłędnie reinterpretują klimaty, na których się wychowali. Forma wokalna Nicka sprawdziła się w studio. Jak wypadnie na żywo można się będzie przekonać w tym roku np. na festiwalu Brutal Assault.

8.Scott Walker & Sunn o))) – Soused

W roku 2014 Greg Anderson i Stephen O’Malley wypuścili aż dwa wydawnictwa pod swoim najbardziej znanym szyldem. Kooperacja z Ulver niestety rozczarowała – jakże miłą odmianą stał się zatem album nagrany z rockową legendą: Scottem Walkerem we własnej osobie. Płyta pełna kontrastów, a jednocześnie chyba najbardziej „radiowa” w ostatnim dorobku Sunn o))) i solowego Walkera. Pięć bardzo dobrych, trzymających poziom kompozycji, które polecam nie tylko fanom drone’ów.

7.Godflesh – World Lit Only By Fire

Wielki powrót industrialnego mostrum. Godflesh znów przetacza się po słuchaczu bez litości, korzystając z minimalnego arsenału środków, podobnie jak czynił to na Streetcleaner i Pure. I chociaż nówce daleko jest do poziomu wymienionych płyt, to jednak nadal ten sam Godflesh i ten sam Justin Broadrick – pozbawiony złudzeń, z furią wykrzykujący jak mamy przesrane na tym padole.

6.Earth – Primitive and Deadly

Nie emocjonowałem się premierą kolejnej płyty tria prowadzonego przez Dylana Carlsona. Ostatnie lata to bowiem seria bardzo podobnych wydawnictw Earth stylistycznie zbliżonych do leniwego southernowego post-rocka. Kiedy jednak usłyszałem riff z otwierającego Torn By The Fox Of The Crescent Moon zastanawiałem się, czy aby nie pomyliłem płyt. Tak, tytuł albumu doskonale opisuje zawartość. Nadal odwiedzamy to samo upalne, leniwe pustkowie gdzieś w czeluści USA, jednak tym razem mamy poczucie, że zaraz wydarzy się coś niepokojącego, np. naskoczy na nas zombie rodem z serialu The Walking Dead. Sporym plusem albumu są wokalizy Rabi Shabeen Qazi i Marka Lanegana.

5.Triptykon – Melana Chasmata

Tom Gabriel Fischer (a.k.a. Warrior) kontynuuje ścieżkę obraną na ostatnim studyjnym longplayu Celtic Frost  – Monotheist oraz pociągniętą dalej debiutanckim krążkiem Triptykon. Melana Chasmata to płyta ciekawsza od debiutu, z jednej strony nie wnosząca nic nowego do znanego już stylu Wojownika, z drugiej pełna po prostu lepszych kompozycyjnie numerów. Takim kawałkom jak Tree of Suffocatiing Souls nie da się oprzeć.

4.Woven Hand – Refractory Obdurate

Oblicze Davida Eugena Edwardsa, które ubóstwiam najwyżej pochodzi z dawnych płyt 16 Horsepower oraz wczesnych dzieł spod znaku Woven Hand. Od kiedy bogobojny kowboj zaimplementował do swojej muzyki więcej rockowego ciężaru coś się zaczęło psuć. Nie oznacza to, że albumy Ten Stones lub The Laughing Stalk były złe, ale nówka przerasta je o głowę. I jednocześnie nie rezygnuje z ciężaru. Edwardsowi udało się nagrać jeden z lepszych krążków w karierze.

3.Goat – Commune

Szwedzkie voodoo powróciło i wypuściło płytę tak dobrą jak debiutancki World Music. Grupa zaprezentowała dziewięć utworów pulsujących transowością. Jest melodyjnie, pani wokalistka śpiewa/krzyczy z pasją w głosie, a słuchacz wraz z zespołem celebruje starożytne rytuały. Commune trzyma w napięciu od samego początku (otwierający Talk to God). Ostatnie trzy numery to już murowane ciary na plecach.

2.Electric Wizard – Time to Die

Po przebojowym (i bardzo dobrym) Black Masses Czarodziej postawił na bezkompromisowość. Wypuścił długi, bo ponad godzinny, przytłaczający atmosferą i przesterowanym brzmieniem album, który nie jest łatwy orzechem do zgryzienia dla przeciętnego słuchacza (ale czy Electric Wizard tworzył kiedykolwiek dla „przeciętnych słuchaczy”? ;)). Liczniej niegdyś występujące sample z filmów czy bardziej rock’n’rollowe partie ograniczono do minimum pozostawiając piękną, ziejącą czernią otchłań.

1.Swans – To Be Kind

Od czasu reaktywacji świat zwariował na punkcie Łabądków. Nie dziwota – tak dobre powroty nie zdąrzają się często. Album To Be Kind to najbardziej wyważone dzieło z trzech ostatnich longplayów. Jest industrialne szaleństwo wczesnych płyt z lat osmiedziesiątych, ale i przejaw melodyjności z okresu długiej współpracy z Jarboe. Michael Gira zaprasza nas do swojego na wpół religijnego, szaleńczego spektaklu. Pięknie transowa, przebogata płyta.

Wyróżnienia:

4.The Black Keys – Turn Blue

Duet mający w curriculum vitae kilka dobrych albumów bluesowych został w 2011 roku “ogarnięty” przez producenta Danger Mouse’a, który wydobył z nich komercyjny potencjał. I rzeczywiście płyta El Camino osiągnęła ogromny sukces czyniąc z The Black Keys stadionową gwiazdę. Turn Blue to ponowna, równie udana współpraca ze wspomnianym producentem. Nowością jest odejście od ostrzejszego  bluesowego brzmienia na rzecz spokojnych ballad ze szczyptą soulu.

3.Furia – Nocel

W końcu coś z naszego kraju. Czwarty album Nihila i spółki wydał mi się początkowo trochę pójściem na łatwiznę. Po minimalistycznej Marzannie nowy longplay sprawia wrażenie silnego spojrzenia wstecz na wczesne dokonania Ślązaków, będąc jednocześnie najbardziej melodyjną płytą Furii. Rozczarowanie ustąpiło szybko miejsca wzbierającemu uwielbieniu, bo od tych numerów po prostu nie sposób się uwolnić.

2.Primordial – Where Greater Men Have Fallen

Irlandzki zespół jak żaden inny potrafi połączyć blackmetalową brzydotę z patetycznym nastrojem folku i klasycznym heavy. Nowe dzieło eksploruje nieco mroczniejszą stronę pogańskich pól bitewnych i jest godnym następcą  rewelacyjnego Redemption at the Puritan's Hand.

1. Robert Plant – Lullaby and… The Ceaseless Roar

Zbyt uważnie nie śledzę solowego lotu bylego Zeppelina, jednak słuchając tej zaskakująco jak na muzyka o takim stażu świeżej płyty jestem przekonany, że jakiekolwiek sentymentalne (i kasowe) reuniony Led Zeppelin są bezcelowe. Mamy tu zestaw pięknych piosenek, podszytych elektroniką i daleko-wschodnim folklorem. Głos wokalisty wspaniale się zakonserwował i nie słychać w nim blisko siedemdziesięcioletniego dinozaura rocka. Gdyby nie pewna nierówność materiału umieściłbym Lullaby… w głównym rankingu najlepszych płyt.

Rozczarowania:

3.Mark Lanegan Band – Phantom Radio

Po genialnym Blues Funeral wymagania co do nowego materiału były spore i niestety Mark nie sprostal oczekiwaniom. Phantom Radio zawiera utwory, które mam wrażenie, że Lanegan mógłby popełnić w dwa-trzy dni od niechcenia. Na ich tle już ciekawiej wypada ubiegłoroczny lp z coverami o nazwie Imitations.

2.Mastodon – Once More 'Round the Sun

Once More 'Round the Sun to materiał na poziomie, jednak brakuje mu energii i numerów, które zapadałyby w pamięć tak jak wiele dawnych hitów Amerykanów. Chyba nadszedł czas, by Panowie z Mastodon kolejny raz zredefiniowali swoją twórczość, bo wtórność dała się tutaj niestety we znaki.

1.Sigiriya – Darkness Died Today

Bardzo ceniłem debiutancki longplay SigiriyiReturn to Earth. Zawierał nie tylko błyskotliwie zaaranżowane kompozycje ale przede wszystkim świetny, zachrypnięty wokal Doriana Waltersa. To wyróżniało zespół na tle masy kapel stonerowych. Tymczasem Darkness Died Today jest solidnym, ale jedynie solidnym materiałem przypominającym wielu kolegów po pustynnym fachu. Nowy głos Matta "Pipes'a" Williamsa jest tak typowy dla stoner rocka, jak to tylko możliwe.

Wydarzenia – wyróżnię tu dwa newsy z mijającego roku kalendarzowego.

Śmierć Selima Lemouchi – Jego zespół The Devil’s Blood był jednym z niewielu naprawdę oryginalnych produktów nowego occult/retro rocka. Niespodziewany rozpad kapeli w 2013 roku wieszczył już coś niedobrego. Odejście muzyka 4 marca 2014 r.  tylko te złe przeczucia przypieczętowało.

Reaktywacja In the Woods… – Niegdyś bardzo cenieni przeze mnie norwescy muzycy postanowili powrócić do wspólnego grania pod legendarnym leśnym szyldem. Apoteozowani są w metalowym światku głównie za płytę Heart of the Ages, jak dla mnie jednak prawdziwy geniusz zespołu objawia się na albumach Omnio i Strange in Stereo. Zespół jest już nieco zapomniany dlatego polecam każdemu usiąść wygodnie w fotelu z dobrym trunkiem w ręku, odpalić Omnio i słuchać uważnie ponadczasowej muzyki nie z tego świata.

Michał Raś