BORKNAGAR / KAMPFAR / DIABOLICAL, Kraków, Klub Kwadrat 17.04.2016

Maj - 03 2016 | By

Borknagar/Kampfar/Diabolical

W niedzielę 17 kwietnia północne wichry zatrzęsły Krakowem. Wieczór tego dnia należał do trzech skandynawskich załóg: Borknagar, Kampfar oraz Diabolical. Są to zespoły lubujące się w muzyce ekstremalnej, przyprawionej wyczuciem melodii i przede wszystkim nordyckim klimatem. Przynajmniej w wydaniu reprezentantów Krolestwa Norwegii, gdyż Diabolical, jak sama nazwa wskazuje, odnajdują się w bardziej lucyferyczno-apokaliptycznym nastroju. Polskim fanom metalu na pogańską nutę pozostało jedynie wydobyć z szaf mniej lub bardziej zwichrane t-shirty Bathory i ruszyć do krakowskiego klubu Kwadrat, gdzie odbywało się wydarzenie (dla porządku wspomnieć trzeba o koncercie tych samych zespołów dzień wcześniej w warszawskiej Progresji).

Do klubu dotarłem tuż po rozpoczęciu występu przez Diabolical. Dość wczesna pora (koncert zaczął się o 18.30) w połączeniu z niedzielnym wieczorem zrobiły swoje. Pod sceną stało zaledwie kilkanaście osób. Publiczność co prawda sukcesywnie się zwiększała, mimo to zespół musiał trochę robić "dobrą minę do złej gry". Muzyka Diabolical to dość hermetyczny death metal zabarwiony thrashem. Dźwięki dobrze znane i słyszane na bardzo wielu koncertach. Obyło się na szczęście bez ziewania gdyż zespół na scenie zadaje publiczości potężnego energetycznego kopa. Panowie nie unikają klimatycznych zwolnień, mają konkretną prezencją sceniczną, a sam dzierżący gitarę  wokalista Sverker "Widda" Widgren przypominał mi trochę…metalowy odpowiednik Iana Andersona z Jethro Tull. Formacja na trasie jako jedyna z występujących tego wieczoru nie promowała nowego materiału, jednak w setliście znalazło się sporo kompozycji z ostaniego jak dotąd longplaya Neogenesis.

Dość szybko doczekaliśmy się kolejnej załogi. Kampfar udowodnił, że w swojej bezkompromisowości jeńców nie bierze. Wystarczyło do tego podstawowe rockowe instrumentarium – wokal, jedna gitara, bas, perkusja. Norweska wataha wilków zaprezentowała najbardziej ekstremalny set wieczoru wciągając publikę na dobre do zabawy, w tym "młynka" pod sceną. Zrobiło się tłoczno, a początek był naprawdę mocny. Panowie rozpoczęli set utworem Gloria Ablaze, dźwiękowym dynamitem otwierającym ich ostatni longplay Profan. Dalej mieliśmy m.in. podniosły Daimon z tego samego wydawnictwa, gdzie frontman Dolk miał okazję zaprezentować swój "czysty" wokal. Grupa sięgnęła również w czeluść lat 90-tych grając takie klasyki jak skoczny Hymne. Na zakończenie znów zrobiło się podniośle: kompozycje Mylder oraz Our Hounds, Our Legion kazały się poważnie zastanowić czy główna gwiazda wieczoru wytrzyma porównanie z tak wysokim poziomem jaki reprezentuje na scenie Kampfar.

Borknagar ceniłem za pierwsze cztery albumy, gdzie wokalistami byli znany z Ulver Garm oraz ICS Vortex. Pojawienie się w składzie Vintersorga nie napawało mnie optymizmem. Niezbyt przepadałem za jego głosem, więc kolejne plyty zespołu słuchałem sporadycznie. Karierę grupy zacząłem ponownie uważnie śledzić wraz z powrotem do składu Vortexa (znanego wcześniej z ArcturusDimmu Borgir) w roli basisty i drugiego wokalisty. Ostatnie dwa longplaye, czyli UrdWinter Thrice to prawdziwe petardy, zapełnione najlepszymi kompozycjami zespołu w karierze. Oczekiwania wobec krakowskiego koncertu miałem zatem spore.
Pierwszym zaskoczeniem był brak w składzie Vintersorga. Obowiązki glównego wokalisty dzierżył niejaki Athera, który doskonale odwzorował partie aktualnego wokalisty. W przeciwieństwie do załóg DiabolicalKampfar, główna gwiazda skupiała się na klimacie kreowanym przez utwory pełne melodii oraz łagodniejszych partii. Szaleńczy młyn pod sceną ustąpił miejsca skupieniu, któremu towarzyszyły ruchy fanowskich głów w rytm muzyki. Nowy album Winter Thrice reprezentowały największe hity: Rhymes of the Mountain, Cold Runs the River oraz utwór tytułowy. Zespół sięgał głównie do starszego repertuaru. Utwory z albumu The Archaic Course nieziemsko mnie ucieszyły angażując do podscenicznego szaleństwa (przezornie na początku występu Norwegów ustawiłem się pod barierkami). Jeszcze ciekawiej zrobiło się gdy zespół sięgnął do naprawdę odległej przeszłosci, czyli dwóch pierwszych albumów z ulverowym Garmem w roli wokalisty. Athera wspaniale poradził sobie z jego partiami w The Eye of Oden oraz Dauden. Jeśli chodzi o stronę wokalną brawa należą się także dla klawiszowca Lasare. Kojarzony z psychodelicznym Solefald muzyk bez dwóch zdań mógłby pełnić w Borknagar rolę głównego wokalisty, przynajmniej w "czystych" partiach. Basista Vortex znany jest z okazjonalnego fałszowania na koncertach, czego dał dowód na ostatniej edycji Brutal Assault w roli frontmana Arcturus. Obawy jak wypadnie tym razem szybko okazaly się płonne. Całkiem nieźle sobie w Krakowie radził, nierzadko przejmując rolę głównego wokalisty. Było widać pewien kontrast w stosunku do supportów, bowiem wikingom z Borknagar powoli zaczyna udzielać się wiek oraz syndrom "dinozaurów rocka", szczególnie patrząc na dwóch gitarzystów. Nie przeszkadzało to zbytnio, zwłaszcza, że im bliżej kulminacji występu, tym większy entuzjazm udzielał się publice. Na bisach wrócił mosh, szczególnie na przedostatnim w setliście Colossus. Finalnie zagranym przez grupę utworem był Winter Thrice, czyli bezkonkurencyjnie chwytliwa kompozycja z ostatniego lonplaya, pełna melodii i partii wokalnych na trzy głosy + publiczność, która jak widać dobrze poznała tekst utworu.

Koncert trzech skandynawskich ekip niezwykle uprzyjemnił niedzielny wieczór. Wszyskie zespoły spisały się wzorowo. Nagłośnieniu w klubie również nie da się zbyt wiele zarzucić, biorąc pod uwagę standardy na większości metalowych gigów. Można jedynie narzekać na frekwencję, która w Kwadracie tego dnia nie dopisała. Do plusów trzeba także zaliczyć bogaty merch z całkiem przyzwoitymi cenami. Dźwięki utworu Winter Thrice, czy kampfarowego Mylder brzmiały w mojej głowie jeszcze przez kilka dni od wydarzenia. Oby więcej takich koncertów na krakowskiej ziemi.

Michał Raś