Black Sabbath – Vol. 4

Sie - 02 2014 | By

Vol. 4

Poprzez swoje trzy pierwsze albumy grupa Black Sabbath ostatecznie wypracowała własne brzmienie i styl, na zawsze już wpisując się w historię rocka i metalu. Od grającego prostą muzykę zespołu szukających dla siebie zajęcia chłopaków z Birmingham, Sabbs przekształcili się w pierwszoligową hard rockową grupę z rzeszą oddanych fanów i przecierającą nowe szlaki w muzyce. Ta zmiana nie mogła pozostać bez wpływu na tworzone przez nich dźwięki, czego pierwszym wyraźniejszym przejawem jest wydany w 1972 roku album Vol. 4.
    
 Czwarty album zespołu posiada wszystko to, z czego zasłynęły ParanoidMaster of Reality. Mamy więc ciężkie riffy i solówki Iommiego, charakterystyczne basowe partie Geezera, rozpędzoną, przesiąkniętą jazzowym inspiracjami perkusję Warda, wreszcie wokalną ekspresję Ozziego, trudną do pomylenia z czymkolwiek innym. Zarejestrowane przez zespół utwory sprawiają jednak wrażenie znacznie bardziej oszlifowanych i noszących ślady większego muzycznego wyrobienia. Progresywne aspiracje Iommiego, które mocno dały się we znaki na następnych płytach Sabbath Bloody Sabbath i przede wszystkim Sabotage, na „czwórce” przejawiają się jeszcze nieśmiało, ale są zauważalne. Bogatsza struktura utworów, użyte w kilku miejscach syntezatorowe plamy (Wheels of Confusion, Snowblind) czy dalsza eksploracja akustycznych brzmień (ładny, instrumentalny Laguna Sunrise) znacznie łagodzą oblicze tego albumu. Nie oznacza to wszakże rezygnacji z ciężkich brzmień, które również silnie tu występują. W takich utworach jak Cornucopia czy Under the Sun Tony Iommi zagrał jedne z najbardziej mocarnych riffów w karierze. Panowie jednak udowadniają, że muzycy są z nich dojrzali i potrafią zręcznie manipulować nastrojem jednocześnie łącząc te przeciwieństwa w spójną całość.
    
 Jest to zauważalne w kawałku otwierającym album, który jest zarazem jedną z najlepszych rzeczy jakie kiedykolwiek Sabbaci popełnili. Wheels of Confusion rozpoczyna się chwytającą partią solową gitary, przechodzącą po chwili w klasyczny dla zespołu motyw w średnim tempie, przeplatany w połowie interesującą galopadą na dwie gitary. Utwór wygasa świetna i piekielnie chwytliwa solówka Tony’ego. Dużo się w tym kawałku dzieje, a dobry tekst dopełnia wrażenia, że mamy do czynienia z hard rockowym miniarcydziełem. Kolejnym przykładem zręczności muzyków jest powolny i ciężki Snowblind, któremu jednak nie brakuje chwytliwych motywów i przebojowości (można powiedzieć, że sam tekst traktujący o ujemnych skutkach brania narkotyków jest objawem dojrzałości muzyków, w świetle hymnu pochwalnego dla zioła, jakim był Sweat Leaf z poprzedniej płyty). Warto jeszcze zwrócić uwagę na Changes, nieco może zbyt ckliwą balladką o utraconej miłości, której przebojowości jednak odmówić nie sposób. Ozzy śpiewa tam tylko w towarzystwie fortepianu i gitary basowej, co też stanowiło novum w muzyce Sabbathów.

Vol. 4 jest zdecydowanie jedną z mocniejszych pozycji w dyskografii Black Sabbath ery Ozziego. Jeżeli można się do czegoś przyczepić, to tylko do małej monotonii materiału. Niektóre utwory na płycie sprawiają wrażenie bardzo do siebie podobnych, przez co przy pierwszych odsłuchach albumu można je łatwo ze sobą pomylić. „Czwórka” stanowi taki pomost między klasycznym brzmieniem trzech pierwszych płyt, a późniejszymi eksperymentami i sprawdza się świetnie w tej roli. Zawiera też kilka klasyków, które na stałe weszły do sabbathowego kanonu.

Michał Raś