Baroness – Gold & Grey

Sie - 29 2019 | By

Fani Baroness od dobrych paru lat nie mają łatwego życia. Najnowsze wydawnictwo zespołu Johna Baizleya ponownie wystawia cierpliwość słuchaczy na szwank. Gold & Grey jest piątym albumem długogrającym w dorobku grupy. Dwa kolory oraz długość materiału nieuchronnie wzbudzają skojarzenie z dwupłytowym Yellow & Green, na którym to Baronowa z bezpiecznego sludge'owego schronienia ruszyła w stronę przebojowej, rockowej formuły. Podobieństw międzymi tymi wydawnictwami znajdziemy więcej, ale Gold & Grey jest wartością samą w sobie, wokół której nie można przejść obojętnie (swoją drogą mało brakowało, by płyta nazywała się Orange).

Po ciężkim wypadku na trasie koncertowej i będących jego następstwem zmianach w składzie sterowany przez charyzmatycznego lidera okręt zawitał na bezpieczne wody. Zaaowocowało to zachowawczym Purple, odznaczającym się co prawda solidnymi kompozycjami, jednak jako całość nie zapadającym mocniej w pamięć. Wraz z nową gitarzystką Giną Gleason Baroness postanowili znowu poeksperymentować. Efektem jest siedemnaście nagrań zamkniętych w godzinnym materiale. Zapomnijcie o mizdrzeniu się do krótszego, winylowego formatu, przygotujcie za to na zróżnicowaną jazdę, na którą składają się utwory dynamiczne, balladowe oraz ocierające się nawet o krautrock interludia.

Zacznijmy może od elementu, za który tym razem najbardziej dostało się zespołowi – brzmienia. Producent Dave Friedmann pracował m.in. z The Flaming Lips, Mogwai czy też Low i na pewno nie jest w ciemię bity. Tym bardziej może dziwić przesterowany, przesadnie skompresowany dźwięk. Szczególnie skonsternowani możemy się poczuć gdy odpalimy płytę na słuchawkach. Czy był to celowy zabieg artystyczny? Prawdopodobnie tak. Są nawet momenty gdy wyraźne przybrudzenie służy samym utworom. Przeczuwam jednak wypuszczenie za kilka lat remasteru, który zlikwiduje większość brzmieniowych mankamentów.

Gold & Grey broni się za to świetnymi kompozycjami. Otwierający krążek, agresywny Front Toward Enemy odznacza się łatwo zapamiętywalnym basowym riffem. Świetnie wypada cięższy Throw Me an Archor albo singlowy Borderlines ze wspaniałym motywem gitarowym w refrenie. Siła wydawnictwa drzemie jednak w spokojniejszych kompozycjach, gdzie w pełni ujawnia się talent do pisania udanych melodii. Należą do nich oparty na akustycznej gitarze, pianinie oraz dźwięku dzwonków Emmett – Radiating Light, a także poruszający I'd Do Anything z dominującą rolą elektroniki. Agresję z łagodnością wybornie łączy nagranie Cold-Blooded Angels, z kolei eteryczny Pale Sun cieszy ucho harmoniami wokalnymi Johna Baizleya i Giny Gleason. Wspomniane wcześniej przerywniki wprowadzają psychodeliczny klimat, szczególnie subtelny, przedostatni w zestawie Assault on East Falls. W tym miejscu należy pochwalić pracę basisty Nicka Josta, który równie dobrze odnajduje się w brzmieniu syntezatora.

Pierwsze odsłuchy albumu pozostawiają uczucie przeładowania. Kilka uważnych podejść pozwala mimo wszystko odkryć spójność materiału w chaotycznych na pozór dźwiękach. Dobre wrażenie budują poruszające teksty, w których wciąż odnajdziemy dalekie echo trudnych losów zespołu, z pewną dozą akceptacji i spokojniejszego spojrzenia w przyszłość. Jak zawsze w przypadku Baroness na uwagę zasługuje okładka tradycyjnie przygotowana przez lidera formacji. Charakterystyczny styl Baizleya sprawia, że to właśnie obraz jest największym łącznikiem obecnego wcielenia grupy z jej sludge'owymi początkami. Warto odnotować, że stanowi on zwieńczenie "barwnych" motywów przewodnich. Tak, kolejny album zespołu prawdopodobnie nie będzie zawierał koloru w tytule. 

Z pewnością  Gold & Grey nie jest dziełem dla tych, którzy nadal tęsknią za mocarnymi utworami z Red AlbumBlue Record. Warto mimo wszystko dać szansę nowemu wcieleniu Baronowej, bo jest to – pomimo pewnych wad – pomysłowy, wciągający materiał, pokazujący, że kwartet z Georgii odbudowuje nadszarpnietą gdzieniegdzie formę. 

Michał Raś

Tagi: , ,