Alice in Chains – Rainier Fog

Lis - 06 2018 | By

Alicja nie rozpieszcza fanów częstotliwością wypuszczania nowych wydawnictw. Od premiery świetnego The Devil Put Dinosaurs Here minęło wszak pięć długich lat. Apetyt na kolejny longplay rósł, chociaż nie był tak podszyty niepewnością jak w przypadku pierwszego po reaktywacji albumu Black Gives Way to Blue. Do nowego wcielenia Alice in Chains już dawno zdążyłem się przyzwyczaić podobnie jak do aktualnego wokalisty Williama DuValla. Charyzmatycznego, będącego po prostu sobą – w żadnym razie nieaspirującego do bycia kopią nieodżałowanego Layne'a Staleya. 

Rainier Fog był zapowiadany jako swego rodzaju odniesienie do korzeni Alice in Chains, czego dowodem stała się sesja nagraniowa częściowo zrealizowana w tym samym studio, w którym powstał trzeci album grupy (mój ulubiony Tripod). Tytuł krążka nawiązuje do wulkanu Rainier górującego nad deszczowym Seattle, mieście będącym kolebką całego grunge'owego ruchu. Ekscytację mogła wzbudzić mroczna okładka i singlowy utwór So Far Under przywołujący klimaty rodem z okresu Dirt, co ciekawe napisany w całości przez nowego frontmana. Wszytkie te elementy wzmożyły ostrzenie fanowskich zębów. Jakie dźwięki przynosi nam trzecie dziecko reaktywowanej Alice?

Zestaw rozpoczyna udostępniona przedpremierowo kompozycja The One You Know. Jest to utwór solidny, wypełniony riffami przypominającymi czasy debiutanckiego Facelift, niewybijający się jednak ponad przeciętność. Z nadzieją więc czekałem na następujące po nim nagranie tytułowe. Melodyjne gitarowe frazy, rozpędzona perkusja i pełen pasji głos DuValla w Rainier Fog momentalnie wpadły mi w ucho dając dokładnie to, czego oczekiwałem. Zespół wprawnie trzyma w napięciu aż do ostatnich dźwięków wieńczącego album All I Am. Nawet przebojowy Black Gives Way to Blue nie wciągnął mnie do tego stopnia za pierwszym odsłuchem. 

Często gdy płyta tak dobrze się wkręca, może się równie szybko znudzić. Na szczęście każde kolejne podejście do Rainier Fog pozwala jeszcze lepiej zanużyć się w tym graniu i docenić utwory, które początkowo wydają się efektywnymi wypełniaczami. Kwartet przygotował całą gamę dobrych kompozycji. Potężny Red Giant zachwyca metalowym ciężarem oraz mocną perkusją Seana Kinneya (nie wyobrażam sobie zespołu z innym bębniarzem – po śmierci Staley'a, to własnie jego partie obok gitary Cantrella tworzą charakterystyczne brzmienie AIC). Blues-rockowy Drone płynie przyjemnie, wypełniony solówkami Jerry'ego, zmianami tempa i harmoniami wokalnymi. Utwory Fly, MaybeAll I Am prezentują łagodniejszą, akustyczną stronę Alice in Chains, której w ich nowym wcieleniu jest zdecydowanie za mało. Najszybciej wpada w ucho singlowy Never Fade. Jest to przy tym jedyne nagranie, które potrafi nużyć wraz z kolejnymi odtworzeniami. 

Czy nowa Alicja ma słabsze punkty? Kilka się znajdzie. Ostatnie trzy długograje AIC w gruncie rzeczy niewiele się między sobą różnią. Gdybyśmy przemieszali utwory na nich zawarte, to można odnieść wrażenie, że pochodzą z jednego wydawnictwa. Gdzieś zagubiła się ta potrzeba rozwoju, którą słyszeliśmy w latach dziwięćdziesiątych, kiedy to każda płyta i epka znacząco różniła się od poprzedniej. Rainier Fog jest dziełem utrzymanym na bezpiecznym torze, po którym grupa porusza się ostrożnie. Mimo, że panowie nie uciekają od cięższych brzmień, to jednak próżno tu szukać dusznego mroku znanego z Tripod. Mamy utwory balladowe, ale nie są tak wyraziste jak chociażby Rotten Apple albo Nutshell z pamiętnego mini-albumu Jar of Flies. Brzmienie płyty jest mocno klarowne – nie pogardziłbym nieco większym przybrudzeniem.

Wymienione mankamenty wiążą się z kierunkiem obranym przez zespół. Nie mają nic wspólnego z samym poziomem wykonawczym, który wciąż utrzymamy jest bardzo wysoko. Na Rainier Fog znajdziemy wszystkie elementy składające się na styl grupy, mimo, że przepuszczone przez bezpieczny filtr ugładzenia. Nowe wcielenie formacji brzmi świeżo, dodatkowo płyta wydaje się najbardziej przemyślana wśród trzech krążków "drugiego" Alice in Chains. Słuchając nowych utworów możemy również wyczuć nutkę nostalgii za ich klasycznym okresem.

Michał Raś

Tagi: ,